O ile w poprzednim okresie przeżywałem jakby „odwrót” od nabożeństwa maryjnego w tym mniemaniu, że nie powinno ono „przesłaniać” Chrystusa – powinno więc ustępować nabożeństwu do Niego Samego – to natomiast w świetle „Traktatu” zrozumiałem, że sprawy w istocie swojej przedstawiają się zupełnie inaczej.

W ten sposób Jan Paweł II opowiada o swoistym kryzysie, który przeżył prawdopodobnie w pierwszych latach okupacji. Wychowany w tradycyjnym kulcie Najświętszej Maryi Panny, częsty gość przed obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Wadowicach, od najmłodszych lat obecny na dróżkach w Kalwarii Zebrzydowskiej w jakimś momencie dorastania musiał uznać, że wszechobecna w polskim Kościele maryjność „spycha” na drugi plan Tego, który w chrześcijaństwie jest najważniejszy. Trudno powiedzieć skąd wzięły się te wątpliwości przyszłego papieża, a wówczas robotnika i aktora. Musiały one jednak głęboko zapaść mu w pamięć skoro mówił o nich czterdzieści lat później, gdy na progu pontyfikatu rozmawiał z francuskim pisarzem Andre Frossardem. Owocem tych rozmów jest książka „Nie lękajcie się”, w której znajduje się cytowany fragment.

Swoistym przełomem, chciałoby się powiedzieć „nawróceniem”, Karola Wojtyły było spotkanie z książką nazwaną tu „Traktatem”. Staje mi przed oczyma mała książeczka w niebieskiej okładce. Jako robotnik Solvayu brałem ją ze sobą wraz z kromką chleba na popołudniową albo i nocną zmianę (na rannej trudniej było czytać). Na zmianie popołudniowej często tę książeczkę czytałem. (...) Tak bardzo ją czytałem, że cała była poplamiona sodą, i na okładkach, i w środku. Pamiętam dobrze te plamy sody, bo są one ważnym elementem mojego życia wewnętrznego  - mówił Karol Wojtyła, gdy jako kardynał odwiedzał swoje dawne miejsce pracy w 1968 roku.

            Na czym polegało odkrycie na nowo nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny?

            Cały wewnętrzny stosunek do Bogurodzicy wynika organicznie z naszego związku z tajemnicą Chrystusa. (...) Można powiedzieć, że temu, kto stara się Go poznawać i miłować, sam Chrystus wskazuje Matkę – podobnie jak czynił to na Kalwarii w stosunku do swego umiłowanego ucznia – wyjaśniał Frossardowi.

             A w autobiograficznej książce „Dar i Tajemnica” dodał: Zrozumiałem wówczas, dlaczego Kościół trzy razy w ciągu dnia odmawia „Anioł Pański”, zrozumiałem też, jak bardzo kluczowe są słowa tej modlitwy: „Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi i poczęła z Ducha Świętego...Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego... A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas...” Istotnie słowa kluczowe! Wyrażają one zasadniczą treść największego wydarzenia, jakie dokonało się w dziejach ludzkości.

            Tu tłumaczy się pochodzenie owego Totus Tuus. Bierze ono początek właśnie od św. Ludwika Marii Grignion de Montfort. Jest właściwie skrótem pełniejszej formuły zawierzenia Matce Bożej, która brzmi:  „Totus tuus ego sum, et omnia mea tua sunt. Accipio Te In mea omnia. Praebe mihi cor Tuum, Maria” (“Cały Twój jestem i wszystko moje jest Twoje. Daj mi serce Twoje, Maryjo”).

 

            Kromka chleba, plamy sody

 

            Okres okupacji – tak tragiczny w dziejach Polski i tak trudny osobiście dla Wojtyły – okazał się dla niego zarazem niezwykle owocny duchowo. Do Krakowa przyjechał, aby studiować, obracać się w świecie nauki i kultury i w tym świecie – tak się wydawało – odnalazł się. Był świetnym studentem, odnosił pierwsze sukcesy aktorskie, recytatorskie i poetyckie. A jednak, w tych latach przełomu roku 1938 i 1939 było coś, co kazało mu napisać w wierszu na wiosnę 1940 roku:

            Już ci to rok blisko.

Przeszedłem od tego czasu głębie upadku, zwątpienia i zaprzeczenia przepastny parów. I wtedy zszedł ku mnie z duchami innymi duch jeden: Anioł możny Słowem i rzekł mi: Wierz! – I przyszli ku mnie ludzie, i przyszły ku mnie czasy, i obaczyłem. I umocniła się wiara moja tak, że dzisiaj mocniejsza jest, niż onych dni, szczęsnych na pozór, ale już od wnętrza robactwem toczonych, rozsadzanych.......

            I spokojniejsza jest wiara moja. Ku sklepieniu–ci już idzie on kościół mój, świątynia duszy mojej.

            Wojna zetknęła go nie tylko z nieoczekiwanym cierpieniem, ale również z zupełnie inną rzeczywistością, której znakiem są ów chlebak, drewniaki, kromka chleba i … „Traktat o prawdziwym nabożeństwie” (a także inne książki, które studiował na popołudniowych zmianach w Solvayu).

            Wyobrażamy sobie młodego Karola Wojtyłę, który przychodzi do „Solvayu”, aby nosić wodę wapienną lub dorzucać koksu do pieca w kotłowni. Widzimy go, gdy zmęczony siada pod kotłem i wyjmuje książeczkę Grigniona.  W pierwszej chwili może zaskakiwać sformułowanie Wojtyły o wadze plam sody w życiu wewnętrznym. Z jednej strony rzeczywistość zupełnie materialna, żeby nie powiedzieć trywialna, z drugiej duchowe uniesienia. A jednak wydaje się, że to jest właśnie droga do zrozumienia jak ten mistyk potrafił połączyć nieustanną modlitwę z tak wielkim zanurzeniem się w doczesność. Był świetnie zorientowany w tym, co się dzieje dookoła niego, sprawy człowieka były mu niesłychanie bliskie, w jakiś sposób widzimy u niego tę spostrzegawczość, która tak widoczna jest u Matki Jezusa w Kanie Galilejskiej. Tylko Ona jedna zauważyła: „nie mają już wina”. Wojtyła – powołany (choć jeszcze o tym nie wiedział) do tego, aby wprowadzić Kościół w trzecie tysiąclecie liczone od momentu, gdy Słowo stało się Ciałem – już wtedy, w czasie okupacji w bardzo konkretny sposób nauczył się, że sprawy ducha (Słowo) można materializować (ciało), że temu co doczesne można nadawać wymiar wieczności.

            Wiele lat później, gdy  otrzyma nominację biskupią, przyjmie jako swoje zawołanie słowa „Totus tuus” a herbem uczyni krzyż i literę M.

           

            Znak firmowy Papieża

 

            Z tym herbem było trochę kłopotu na początku pontyfikatu. Krótko po wyborze Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową znawca heraldyki, arcybiskup Bruno Heim zaproponował Janowi Pawłowi siedem szkiców papieskiego herbu. Nowy papież odrzucił wszystkie i pozostał przy znaku, którego używał jako arcybiskup krakowski. Heim uznał, że herb papieża „przypomina raczej reklamę lub znak firmowy”, zaś prefekt Domu Papieskiego, bp Jacques Martin powiedział, że „herb polskiego papieża   cechuje raczej znaczenie duchowe niż zgodność z heraldyką”.

            A jednak i w tej – na pozór mniej istotnej sprawie – polski upór Papieża okazał się słuszny. Chyba najpełniej prawda jego herbu okazała się 13 maja 1981, gdy na Placu Św. Piotra został trafiony kulami Alego Agcy. Krzyż i obecność Matki – tak można najkrócej określić to, co wydarzyło się w ową środę po godzinie siedemnastej.

            Ten zamach zapoczątkował proces, który przyniósł kolejne niezwykłe owoce. Do tej pory Jan Paweł II nie interesował się zbytnio zapieczętowaną kopertą złożoną w Kongregacji Nauki Wiary, a zawierającą spisaną przez siostrę Łucję tajemnicę fatimską. Kopertę otworzył po zamachu i dopiero wówczas przeczytał o biskupie w bieli, który doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy.

            Wtedy zrozumiał, że jednym z jego zadań jest spełnienie prośby Maryi skierowanej do pastuszków w 1917 roku. W drugiej części sekretu Matka Boża  mówiła dzieciom: Jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to w czasie pontyfikatu Piusa XII rozpocznie się druga wojna, gorsza. (…) Aby temu zapobiec przybędę, aby prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeżeli nie bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie wywołując wojny i prześladowanie Kościoła.

Rok po zamachu, podczas wizyty dziękczynnej w Fatimie Jan Paweł II spotkał się z siostrą Łucją, która przekazała mu list. Znajdujemy w nim następującej słowa:

Ponieważ nie przyjęliśmy tego wezwania zawartego w Orędziu, jesteśmy świadkami jego spełnienia, a Rosja rzeczywiście zalała świat swoimi błędami. A chociaż nie oglądamy jeszcze całkowitego wypełnienia się ostatniej części tego proroctwa, widzimy, że stopniowo zbliżamy się do niego wielkimi krokami. Nastąpi ono, jeżeli nie zawrócimy z drogi grzechu, nienawiści, zemsty, niesprawiedliwości, łamania praw człowieka, niemoralności, przemocy itd.

Łucja wiedziała, że Jan Paweł II chce spełnić prośbę Maryi, która życzyła sobie, aby Papież poświęcił Jej świat, w tym szczególnie Rosję. Wiedziała również, że Matka Boża stawiała ważny warunek: poświęcenie to miało się dokonać w kolegialnej jedności z biskupami całego świata, wtedy bowiem zyskiwałoby najwyższy stopień ważności. Trzy tygodnie przed wizytą Jana Pawła II w Fatimie watykański sekretariat stanu przekazał biskupom list z informacją o zamiarach Papieża, brakowało w nim jednak jednoznacznej prośby o zjednoczenie się z nim w akcie poświęcenia. Ojciec Święty wygłosił w Fatimie ten akt ­starając się – jak powie kilka dni później – uczynić wszystko, co w danych okolicznościach można było uczynić, żeby uwydatnić kolegialną jedność Biskupa Rzymu z wszystkimi na świecie braćmi w biskupim urzędzie i posługiwaniu. Jednak te starania miały się okazać niewystarczające.

Jan Paweł II musiał pokonać liczne przeszkody, aby doprowadzić do słynnego aktu oddania z 25 marca 1984 roku. Szczególną trudność nastręczała kolegialność aktu oddania, ponieważ oznaczało to nadanie mu wagi niemal dogmatycznej. Problemem było także samo wypowiedzenie słowa „Rosja” – watykańska dyplomacja była temu przeciwna.  Ostatecznie jednak na wszystko znalazło się rozwiązanie. W uroczystość Niepokalanego Poczęcia, 8 grudnia 1983 roku Papież skierował do biskupów na całym świecie wezwanie o włączenie się w ten akt, zaś za pośrednictwem nuncjusza w Portugalii dowiedział się od Łucji, że Maryja nie żądała wymieniania Rosji, a Bóg, który czyta w ludzkim sercu wie, że Jan Paweł II powierza ten kraj.

Jakiś czas po akcie oddania nuncjusz rozmawiał ponownie z siostrą Łucją. Pytał ją, czy ten akt spełnia warunki objawienia. Siostra odpowiedziała twierdząco.

– Czekamy na cud – powiedział nuncjusz.

– Bóg dotrzyma słowa – odparła siostra.

            2 kwietnia 2005

            Po 2 kwietnia 2005 roku – dacie powrotu Jana Pawła II do domu Ojca zwrócono uwagę na ciekawą zbieżność. 2+4+2+5 (2.04.2005) daje trzynaście. Czy to tylko przypadek? Być może. Czy jednak przypadkiem jest, że Ojciec Święty oddał Bogu ducha w pierwszą sobotę miesiąca?

                                                                       Paweł Zuchniewicz

Artykuł z tygodnika „Idziemy” 18 (450), 4 maja 2014 r.

 Wracam wieczorem do domu po intensywnym dniu pracy. Sukces: wszystko udało się zrobić. Cieszę się tym bardziej, że będę w domu wcześniej niż zapowiadałem, co nie jest bez znaczenia, bo akurat każdy z poprzednich wieczorów bywał – jak to się mówi – zarywany. Dzwonię z drogi do żony – wciąż dumny i zadowolony z siebie. Ona z troską pyta, czy będę jadł kolację. „Nie – odpowiadam – najwyżej wypiję herbatę.” „To trzeba przywieźć wodę, bo już nic nie ma” – słyszę w słuchawce i moje zadowolenie pryska jak bańka mydlana.

 

 Mijają trzy lata od powrotu Jana Pawła II do domu Ojca. To lata jego procesu beatyfikacyjnego i stałego napływu świadectw o cudach i łaskach przypisywanych jego wstawiennictwu. Czy Papież z Polski zapisuje się w naszej świadomości jako święty cudotwórca? Jaki obraz wielkiego Polaka kształtuje się w naszej świadomości? Jeśli cuda są znakiem, to jaka jest jego wymowa? I jakim znakiem może być dla nas oczekiwanie na wyniesienie Jana Pawła II na ołtarze?