NiedzielaStarania Jana Pawła II o pokój po terrorystycznym ataku na World Trade Center, niezwykła historia sutanny dla Papieża, wywiady i relacje związane z kanonizacją założyciela Opus Dei Josemarii Escrivy – to niektóre z tekstów zamieszczonych na łamach tygodnika „Niedziela”. 

Stefan_Wyszynski.jpgTuż po zakończeniu obchodów Tysiąclecia Chrztu Polski kardynał Stefan Wyszyński zainicjował program Społecznej Krucjaty Miłości. Program został oparty na dziesięciu konkretnych punktach, które - mimo upływu sześćdziesięciu lat - nie straciły na aktualności, o czym pisałem w wielkopostnych numerach Tygodnika Niedziela. 

To już dwa lata… 11 lutego 2013 Ojciec Święty Benedykt  XVI złożył sensacyjne oświadczenie o ustąpieniu z urzędu. Tak rozpoczął się proces, który doprowadził do wyboru na Następcę świętego Piotra argentyńskiego kardynała Jorge Bergolio – papieża Franciszka. W ten sposób po raz trzeci na Stolicy Piotrowej zasiadł nie-Włoch. Franciszek powiedział wtedy, że „kardynałowie znaleźli papieża na końcu świata”, co skojarzyło się nam ze słynnymi słowami św. Jana Pawła II – „z dalekiego kraju”.

Określenie „z dalekiego kraju” pojawia się także w podręcznym „przewodniku” po życiu wewnętrznym św. Jana Pawła II, czyli w jego zapiskach z rekolekcji („Jestem bardzo w rękach Bożych”). Tu jednak wymowa tych słów jest zupełnie inna:  

Nawrócenie: z dalekiego kraju (= z krainy grzechu) jak syn marnotrawny – notuje papież 25 lutego 1983 roku. – Dwaj bracia: starszy i młodszy. Starszy (symbol Izraela) wierny, ale zazdrosny (bo i on chciałby owych dóbr „dalekiego kraju”, chociaż Ojciec mówi „wszystko moje jest twoje, a twoje moje”).

Podstawowe nawrócenie: ad Te [ku Tobie]! do samego Boga.

Jesienią ubiegłego roku miałem okazję rozmawiać z p.  Danutą Ciesielską, wdową po Słudze Bożym, Jerzym Ciesielskim, przyjacielu Karola Wojtyły. Zapytałem ją, co sądzi o książce „Jestem bardzo w rękach Bożych”. „To dowód, że on – przy swojej osobistej świętości całe życie dbał o własne nawrócenie” – odpowiedziała natychmiast. Jest prawdą, że Jan Paweł II bardzo praktycznie troszczył się o to spowiadając się raz w tygodniu. Dbał też o nawrócenie innych – w roku, w którym zro

b

ił tę notatkę odbył się synod biskupów poświęcony pojednaniu i pokucie (zaowocował wydaną rok później papieską adhortacją „Reconciliatio et poenitentia”). Znana jest historia o pewnym księdzu, który porzucił stan duchowny, a którego przyjaciel z

aprowadził do św. Jana Pawła II. Papież ukląkł przed nim i poprosił o spowiedź. Ksiądz powrócił do kapłaństwa.

Dziś kolejny papież, tym razem z krańca ziemi, przypomina nieustannie o dwóch rzeczach: konieczności nawracania się chrześcijan i ich pójścia na peryferie. Jakby stawiał przed wiernymi obraz „dalekiego kraju”, w którym tak wielu braci marnotrawi swoje życie.  Być może nie trzeba ich szukać daleko, są obok nas, są naszymi przyjaciółmi. Owszem, zachęcenie ich do spowiedzi będzie wymagać odwagi. Będzie to ta sama odwaga, którą charakteryzował się nasz święty rodak Jan Paweł II – czyniąc codzienny rachunek sumienia i klękając przed upadłym księdzem.

Artykuł dla tygodnika "Niedziela", 7/2015

"Na początku się bałem. Wydawało się, że jesteśmy bezradni. Nie mieliśmy nic oprócz różańców. Gdy nadjeżdżały czołgi, a w powietrzu latały helikoptery, my po prostu klękaliśmy i zaczynaliśmy modlitwę. I to działało! Bardzo się cieszyliśmy, że był z nami Jezus i nasza Mama Maryja. Oni ochronili swoje dzieci.”

Słowa te usłyszałem dokładnie dwadzieścia lat temu z ust Filipińczyka imieniem Chris, krótko przed uroczystością otwarcia Światowych Dni Młodzieży w Manili – tych najliczniejszych, w czasie których wokół papieża Jana Pawła II zgromadziła się przeszło czteromilionowa rzesza ludzi. W stolicy Filipin świeża była jeszcze pamięć słynnej rewolucji różańcowej, która dziewięć lat wcześniej doprowadziła do upadku dyktatury prezydenta Ferdinanda Marcosa. W lutym 1986 roku dwa miliony ludzi zgromadziło się na bulwarze EDSA, aby zaprotestować przeciw nadużyciom. Ich jedynym orężem był różaniec.

My nie lubimy przemocy – opowiadał Chris. – Niechęć do użycia siły i bojaźń Boża wynikają z naszego chrześcijaństwa. Myślę, że nasza katolicka wiara wpłynęła na to, że ta rewolucja była inna niż wszystkie.

Mój rozmówca mówił, że Filipińczycy bardziej bali się Boga niż armat i bomb, a pytany o to, jak rozumie bojaźń Bożą odpowiedział:

Ja nie twierdzę, że Bóg jest skory do zemsty i do kary. Bojaźń Bożą Filipińczyk opisałby posługując się przykładem ojca, którego się tutaj szanuje, i z którego zdaniem należy się liczyć. My boimy się nie tyle Boga, ile tego, że moglibyśmy Go – naszego Ojca – obrazić przez złe postępowanie lub przez zgodę na zło wokół nas.

Nikt z nas nie wiedział wówczas, że w czasie swoich rekolekcji wielkopostnych w 1994 roku Jan Paweł II również rozważał dar bojaźni Bożej. 25 lutego zapisał:

- timore di Dio [bojaźń Boża] – pierwszy warunek uświęcenia initium sapientiae [początek mądrości]. To poszanowanie dla Boga zanikło we współczesnej kulturze „laickiej”. Odpowiedzią na to jest świętość. Potrzebny nowy prymat duchowości. Chodzi o świętość wewnątrz świata. Humanizm świętości to antidotum na „humanizm cielesny” (Pawłowe „życie według ciała”).

 Zaraz potem znajdujemy zwięzłą i zagadkową notkę: Znaczenie kanonizacji i beatyfikacji Encyklika o świętości!

Czyżby Papieżowi w czasie rekolekcji przyszła myśl o poświęceniu kolejnej encykliki właśnie świętości? Jak wiemy taki dokument nie powstał. A jednak wkrótce po odejściu Jana Pawła II do domu Ojca, jego rzecznik prasowy, dr Joaquin Navarro Valls zauważył, że papież napisał 14 encyklik, ale do niej należy doliczyć jeszcze jedną – napisaną własnym życiem.  Może na progu Nowego Roku ogłoszonego przez Sejm RP Rokiem świętego Jana Pawła II należałoby na nowo pomyśleć nad zapomnianą nieco przestrogą: „Bój się Boga!”?

                                                           Paweł Zuchniewicz

 

 „Dokument podsumowujący pierwszy tydzień obrad synodu jest nie do przyjęcia dla wielu biskupów” – powiedział przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, abp poznański Stanisław Gądecki. Arcybiskup zwrócił uwagę, że relacja ta „praktycznie wypowiada się o wyjątkach, natomiast potrzeba też przedstawienia prawdy.”

Rzeczywiście, tekst, o którym mowa może budzić dyskusje. Nie jest to rzecz nowa w Kościele. Aby nie sięgać zbyt daleko w przeszłość możemy przypomnieć, co działo się w latach sześćdziesiątych, gdy pojawiła się pigułka antykoncepcyjna. Wówczas do opinii publicznej docierały głosy kościelnych ekspertów, którzy wypowiadali się absolutnie za tym rozwiązaniem i wydawało się, że Kościół jest już o krok od zaakceptowania sztucznej regulacji poczęć w imię miłosierdzia wobec małżonków, którzy przecież nie mogą ciągle płodzić dzieci. Opublikowana przez Pawła VI encyklika „Humanae vitae” stała się dla rzeczników tej wizji kamieniem obrazy i dała początek szalonej krytyce papieża. Człowiekiem, który wówczas wsparł Pawła VI nie tylko modlitwą i słowem, ale też konkretnym materiałem teologiczno-pastoralnym był kardynał Karol Wojtyła. Dziesięć lat po opublikowaniu encykliki Paweł VI odszedł do domu Ojca, a jego następcą został arcybiskup krakowski. Wojtyła przywiózł ze sobą na konklawe materiały, które później staną się podstawą dla wieloletniego cyklu nauczania o małżeństwie i rodzinie. Punktem wyjścia do jego analizy były słowa, które znajdujemy na kartach ewangelii wg św. Mateusza (a także Marka w nieco innej formie):

Wtedy przystąpili do Niego faryzeusze, chcąc Go wystawić na próbę, i zadali Mu pytanie: «Czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu?»  On odpowiedział: «Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę?  I rzekł: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem.  A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela». Odparli Mu: «Czemu więc Mojżesz polecił dać jej list rozwodowy i odprawić ją?» Odpowiedział im: «Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było. 

 

Chrystus odwołuje się do początku

 

Niemal dokładnie 35 lat temu, 5 września 1979 roku św. Jan Paweł II rozpoczął katechezy, które ukazały się później pod tytułem  „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich”.  W pierwszej z nich wziął się za bary z trudnym tematem nierozerwalności małżeństwa cytując powyższy fragment i dogłębnie go analizując. Papież zwraca uwagę na genialną odpowiedź Jezusa, który zostaje postawiony przez faryzeuszy w niekomfortowej sytuacji: jeśli powie, że rozwodów nie powinno być, to sprzeciwi się Mojżeszowi, największemu prawodawcy Izraela.  Tymczasem Jezus autorytatywnie wyjaśnia, że  przyczyną, dla której wprowadzono „list rozwodowy” była zatwardziałość serc waszych i  wskazuje, że od początku tak nie było. Tę myśl rozwija Ojciec Święty dowodząc, że w zamyśle Stwórcy związek mężczyzny i kobiety jest nierozerwalny. Tytuł pierwszego rozdziału katechez brzmi „Chrystus odwołuje się do początku” i stanowi wnikliwą analizę powołania kobiety i mężczyzny opartą na dwóch pierwszych rozdziałach Księgi Rodzaju, czyli właśnie tego początku, innymi słowy – źródła.

Katechezy te – a szczególnie pierwsza ich część – stanowiły swoiste przygotowanie do zwołanego przez Jana Pawła II Synodu Biskupów na temat rodziny, który rozpoczął się rok później. Synod zainaugurowano w Kaplicy Sykstyńskiej, w scenerii fresków Michała Anioła, które będąc świadkami wyboru papieży przedstawiają Stworzenie i Sąd Ostateczny.

 

Ja Jerzy biorę sobie ciebie Danutę za żonę…

 

Karol Wojtyła przywiózł do Rzymu nie tylko notatki, ale i ogromne doświadczenie kontaktu z małżeństwami i rodzinami.

Między innymi, w 1957 roku pobłogosławił on związek małżeński Jerzego Ciesielskiego i Danuty Plebańczyk. Dwa tygodnie przed ślubem poprowadził dla nich specyficzne przygotowanie „w drodze”. Poszli razem na wycieczkę z Ptaszkowej do Krynicy. W czasie pierwszej konferencji mówił im o Trójcy Świętej i o tajemnicy życia wewnętrznego Pana Boga. Potem – o bogactwie i niebezpieczeństwach miłości małżeńskiej i rodzicielskiej i o świętości w małżeństwie.

Dlaczego najpierw mówił o życiu wewnętrznym Boga? Po co potrzebny był taki temat pracownikowi Politechniki i absolwentce Akademii Wychowania Fizycznego? Wojtyła już wtedy był przekonany, że wyjaśnienie wielkiej tajemnicy, jaką jest miłość między mężczyzną a kobietą można znaleźć dopiero, gdy spojrzy się w największą tajemnicę wiary chrześcijańskiej: jedności trzech Osób Boskich. To nie przypadek, że w Księdze Rodzaju znalazły się  słowa: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył, stworzył mężczyznę i niewiastę”. Bóg powołał człowieka do istnienia jako mężczyznę i kobietę. Bóg – jedyny, ale nie samotny – jeden w trzech osobach, nie chciał, aby jego stworzenie było samotne. Stwarzając go na swój obraz dał mu boską zdolność kochania i dawania życia. Nie było również przypadkiem, że św. Paweł w Liście do Efezjan porównywał relację męża do żony z relacją Chrystusa do Kościoła i pisał, że małżeństwo to wielka tajemnica.

Doświadczenia duszpasterskie Wojtyły potwierdzały te przeczucia. Czyż miłość małżonków nie jest obrazem miłości Osób Boskich? Czyż zespolenie dwojga ludzi nie przynosi owocu – dziecka, które jest odrębnym bytem, a jednocześnie świadectwem jedności rodziców? Czyż ich wzajemna miłość nie jest potem najcenniejszym podarunkiem dla dziecka, które dzięki temu może prawidłowo się rozwijać?

Z czasem poszukiwania zaczęły sięgać jeszcze głębiej. Naturalną konsekwencją przyjęcia nauki o zmartwychwstaniu ciała powinno być dla chrześcijanina uznanie wielkiej wartości ciała ludzkiego. To przez nie wyraża się duch człowieka, także przez nie wyraża się piękno miłości między dwojgiem ludzi. A zatem seksualność nie jest tylko jakimś dodatkiem do kondycji ludzkiej, ale wielką tajemnicą, czymś, co stanowi o jej istocie.

To nie były tylko teoretyczne dywagacje. Wystarczyło przypomnieć sobie tamtą wycieczkę z narzeczonymi, ich ślub i pierwszą „konsekwencję” tego związku. W tym samym roku, w którym Wojtyła został papieżem mijało dwadzieścia lat od chrztu, którego udzielał najstarszej córce Ciesielskich, Marysi. Była ona żywym świadectwem jedności tych dwojga  i także w jakiś sposób przedłużeniem obecności Jerzego, który zginął tragicznie z młodszymi dziećmi podczas katastrofy promu na Nilu. Obecnie toczy się jego proces beatyfikacyjny jako ojca rodziny.

 

Jeden rok trzech papieży

 

Rok 1978 przez niektórych publicystów był nazwany rokiem trzech papieży. Rozpoczął się, gdy na Stolicy Świętego Piotra zasiadał Paweł VI, później był krótki pontyfikat Jana Pawła I, po którym wybrano Jana Pawła II.

Rok 2014 też może być nazwany rokiem trzech papieży … w niebie. Uprawnia do tego kanonizacja Jana XXIII i Jana Pawła II 27 kwietnia i beatyfikacja Pawła VI 19 października. Te kościelne akty nabierają szczególnej wymowy w kontekście synodu o rodzinie.  Zarówno Paweł VI jak i jego następca prezentowali niezwykle jasną wizję tego, czym jest małżeństwo, czym zasłużyli sobie (szczególnie ten pierwszy) na bardzo ostrą krytykę. Choć dziś, szczególnie w Polsce niewiele pamiętamy z cichego męczeństwa Pawła VI, to przecież faktem jest, że niektórzy zachodnioeuropejscy biskupi  publicznie wypowiadali mu posłuszeństwo i relatywizowali wartość jego nauczania.  Na szczęście po raz kolejny okazało się, że Kościołem rządzi Duch Święty i na Stolicy Piotrowej zasiadł człowiek, który był doskonale przygotowany do podjęcia tego tematu. Ojciec Święty Franciszek w czasie kanonizacji Jana Pawła II nazwał go nie bez przyczyny „papieżem rodzin”. Warto sięgnąć do jego dorobku i w tym świetle oceniać kolejne pomysły duszpasterskie, nad którym pochylał się w tym roku i dalej pochylać się będzie w roku przyszłym synod biskupów.

 

Paweł Zuchniewicz

Artykuł dla tygodnika "Niedziela", październik nr 44/2014  

Proszę Państwa. Nasze spotkanie jest takie dwuczęściowe. Tutaj w tym przybytku Pańskim, w kościele, zamknięto na klucz profesorów i starsze pokolenie. Natomiast przed drzwiami stoi młodsze pokolenie i dobija się. Jeżeli Państwo pozwolicie, chciałbym jeszcze zakończyć to spotkanie błogosławieństwem, a potem wrócić tam, do tej młodzieży, która ma swoje prawa. I właściwie my po to jesteśmy, żeby oni byli.

Tymi słowami Papież Jan Paweł II zakończył spotkanie z przedstawicielami świata nauki i kultury na krakowskiej Skałce podczas swojej pierwszej pielgrzymki do Polski. Potem wyszedł do zgromadzonej wokół świątyni młodzieży. Było to trzydzieści pięć lat temu, a więc ówcześni dwudziestolatkowie mają dziś dobrze po pięćdziesiątce i znajdują się już w sytuacji wychowawców a nie „dobijających się do drzwi” młodych.

Słowa „właściwie my po to jesteśmy, żeby oni byli” są nadal aktualne, a może nawet bardziej w tym roku, gdy Papież z Polski został ogłoszony świętym.

Właśnie rozpoczęliśmy rok szkolny, za niespełna miesiąc rozpocznie się rok akademicki.  Może to dobry moment, abyśmy my starsi poszli duchowo do szkoły, gdzie nauczycielem jest nasz rodak, który odniósł niewątpliwy sukces wychowawczy? Jest to nauczyciel najwyższej klasy – nie tylko wszechstronnie wykształcony, posiadający wiedzę oraz umiejętność jej przekazywania, ale również będący wzorcem osobowym.

Jednym z podręczników w tej szkole może być książka „Jestem bardzo w rękach Bożych”. Są to zapiski Karola Wojtyły/Jana Pawła II prowadzone na przestrzeni z górą czterdziestu lat podczas dni skupienia i rekolekcji. Już samo wzięcie jej do ręki ujawnia rzecz kluczową – on  z wielkim zaangażowaniem dbał o swoje nawrócenie. Mimo ogromnie napiętego planu zajęć poświęcał dużo czasu na refleksję nad swoim życiem i powołaniem stawiając sobie pytanie: „Czy jestem wierny?” Oto zapis z rekolekcji dla polskich biskupów z 1973 roku:

Pasterz zna swoje owce (czy znam swoich  kapłanów, swoich alumnów? Moich wiernych?) Czy wszystko czynię, aby zdobyć tych, którzy są z dala?

Jak łatwo można te pytania przełożyć na codzienność rodziców i nauczycieli. Doświadczeni wychowawcy mówią, że relacje między wychowawcami a wychowankami powinny charakteryzować się następującymi proporcjami: 40 proc. obserwacji, 40 proc. słuchania, 15 proc. pytania i najwyżej (a lepiej i tego unikać) 5 proc. pouczania. Jan Paweł II bez studiów pedagogicznych stosował tę zasadę i dlatego zasłużył sobie na przydomek „papieża młodych”.  

 

Paweł Zuchniewicz

Artykuł dla tygodnika "Niedziela", wrzesień nr 36/2014  

 

Jan Paweł II – papież rodzin

Czy papież zezwoli na rozwody? A  może na antykoncepcję? Czy Kościół wreszcie pójdzie z duchem czasu i uelastyczni swoje nauczanie na temat tzw. wolnych związków? Te pytania zdają się najważniejsze w medialnym przekazie, gdy mowa jest o zwołanym przez papieża Franciszka synodzie na temat rodziny. Nie będziemy uprzedzać wyników obrad, nie tylko dlatego, że Synod trwa i trwać będzie jeszcze za rok, bo po raz pierwszy to zgromadzenie obraduje w dwóch turach – w roku bieżącym oraz w roku 2015. Proponujemy spojrzenie na synod poświęcony temu samemu tematowi, który miał miejsce ćwierć wieku wcześniej. Pierwszy zwyczajny synod biskupów zwołany przez św. Jana Pawła II również bowiem dotyczył rodziny (wcześniej Papież z Polski zwołał synod nadzwyczajny dla Kościoła w Holandii). Być może w tej perspektywie będzie nam łatwiej ocenić co jest a co  nie jest możliwe w nauczaniu Kościoła o rodzinie.

 

Misja

 

Rzym 17 maja 1979

Biskup Kazimierz Majdański opuścił Pałac Apostolski w Watykanie i szedł przez Plac św. Piotra. Wracał myślą do wydarzeń ostatnich miesięcy i zastanawiał się, jak uda mu się pogodzić wszystkie obowiązki, które spadły na niego w ostatnim czasie. Dwa i pół miesiąca wcześniej Jan Paweł II mianował go nowym biskupem diecezji szczecińsko-kamieńskiej. A teraz, zaledwie kilkadziesiąt dni po uroczystym objęciu katedry szczecińskiej papież poprosił go o pomoc. Chodziło o zastąpienie francuskiego kardynała Edoaurda Gagnona, który był wiceprzewodniczącym watykańskiego Komitetu Rodziny i z powodów zdrowotnych musiał zrezygnować z tej funkcji.

Za półtora roku do Rzymu mieli się zjechać biskupi z całego świata, aby wziąć udział w zwołanym przez Ojca Świętego synodzie o rodzinie. Oznaczało to, że Kazimierz Majdański będzie musiał podzielić swój czas na diecezję szczecińską, którą dopiero zaczął poznawać oraz Rzym – gdyż nowe obowiązki oznaczały przyjęcie znacznej odpowiedzialności za organizację synodu.

Biskup przyjął papieską propozycję bez wahań. „Ojcu Świętemu się nie odmawia” – mawiał wielki przyjaciel ich obu, prymas Polski, kard. Stefan Wyszyński, który kiedyś sam miał wielkie skrupuły, gdy mianowano go biskupem lubelskim.

Karol Wojtyła był szczególnie bliski szczecińskiemu biskupowi z racji swojej pracy z rodzinami i naukowych opracowań, które powstawały w oparciu o te doświadczenia. Na łamach redagowanego przez Kazimierza Majdańskiego pisma „Ateneum Kapłańskie” Wojtyła publikował artykuły poświęcone rodzinie. Także te, w których użył rewolucyjnego na owe czasy określenia rodziny jako „komunii osób”.  Do tej pory termin „komunia” miał tylko jedno znaczenie. Było ono ściśle związane z obecnością Chrystusa w postaci eucharystycznej. Przemyślenia krakowskiego kardynała prowadziły bardzo daleko – zjednoczenie małżonków związanych sakramentem jest tak głębokie, że nazwać je można również komunią – twierdził.

Teraz przed biskupem Majdańskim stało nowe zadanie. Miał pomóc papieżowi w przygotowaniu synodu. Wiedział jedno – trzeba, aby głos zabrali na nim ci, którzy sprawy rodziny znają z autopsji.

 

Eksperci

 

– To była nasza wspólna decyzja. Nie było łatwo. Dzieci płakały, gdy powiedzieliśmy im, że tak długo nas nie będzie – wyznali Dick i Barbara McBride ze Stanów Zjednoczonych wobec biskupów zgromadzonych na auli synodalnej. W ten sposób opisali reakcję dzieci na wiadomość, że  muszą wyjechać na kilka tygodni z domu, aby wziąć udział w synodzie o rodzinie. – Tłumaczyliśmy, że to dla dobra Kościoła. Mówiliśmy, że nie mamy, co prawda teologicznego przygotowania, ale możemy wnieść na synod dwudziestoletnią praktykę teologii małżeńskiej – nauczonej, wypróbowanej i uświęcanej w naszej kuchni, w salonie i w sypialni oraz miłość, która stała się ciałem właśnie w nich. W końcu jedno z nich powiedziało: „Zgoda, sądzę, że musicie jechać, ale czasem strasznie trudno jest być katolikiem, prawda?”.

Dick i Barbara mieli czworo dzieci: Timothy miał szesnaście lat, Patrick piętnaście, Mary Jo dwanaście a Michael jedenaście. Potem adoptowali jeszcze jedno.

– Nasze dzieci bardzo chciały mieć jeszcze braciszka lub siostrzyczkę – mówili. – Prosiły nas o to. My prosiliśmy je więc ciągle o modlitwę, aż wreszcie jedno powiedziało: „My modlimy się, a wy zróbcie, co do was należy”.

– Zapewniałam ich, że wszystko zrobiliśmy zgodnie z metodą Billingsa, aby dobrze określić dzień płodny – kontynuowała Barbara McBride – ale niestety, nie udało się. W końcu więc zdecydowaliśmy, że z pewnością Bóg pragnie, abyśmy adoptowali dziecko.

Ojcowie synodalni usłyszeli również jak rodzina podjęła inne zobowiązania:

– W ciągu ostatnich jedenastu lat przez nasz dom przeszło około pięćdziesiąt ciężarnych niezamężnych dziewcząt. Zdarzało się, że dwie albo trzy mieszkały w pokoju gościnnym, albo z naszymi córkami. To nauczyło je więcej niż długie wykłady. A poza tym, my też czegoś się nauczyliśmy i to dzięki księdzu. Kiedyś przyszedł do nas ksiądz John i zapytał: „Co waszym zdaniem jest najważniejsze dla waszych dzieci?” Zaczęliśmy wyliczać wiele rzeczy: studia, rodzina, kariera. A on przerwał nam i powiedział: najważniejsze jest, abyście się wzajemnie kochali.

Innym niezwykłym ekspertem była Matka Teresa z Kalkuty (dziś błogosławiona), która opowiadała o swoich doświadczeniach pracy dla rodziny:

„Przed kilkoma laty rząd w Kalkucie podjął decyzję o sterylizacji wszystkich rodzin trędowatych. Byłam członkiem grupy podejmującej decyzję i zabrałam głos: ‘Podejmuję się nauczyć tych ludzi metody naturalnego planowania rodziny. Przyjmuję odpowiedzialność za każde nienarodzone dziecko. Nie macie prawa niszczyć tego, co w naturę człowieka tak cudownie wszczepił Bóg. (…) Wspaniały jest widok siostry otoczonej rodziną trędowatych słuchających chętnie wieczorami nauki o planowaniu rodziny: jak planować rodzinę nie popełniając grzechu  Przyszła raz do mnie grupa trędowatych, żebraków i nędzarzy, by podziękować mi za to, że pozwoliłam młodym siostrom-nowicjuszkom nauczać tych właśnie ludzi naturalnej metody planowania rodziny. Co powiedzieli? – ‘Wy, które złożyłyście śluby czystości, najlepiej nadajecie się do tego, aby nas uczyć. Nic bowiem nie pomaga w nauczaniu innych miłości, jak panowanie nad samym sobą. Dziękujemy więc za naukę, dzięki której nasze rodziny są zjednoczone, zdrowe i mogą mieć dzieci, kiedy i ile chcą.”

Za wzór mieszkańcom bogatych krajów Północy Matka Teresa stawiała biednych, wśród których pracowała na co dzień. „Nie mają takich problemów, jak ludzie bogaci. Są biedni, a mimo to nie stosują przerywania ciąży. Matka zawsze pozwala urodzić się dziecku, nawet jeśli potem kładzie je na śmietniku. Sama znalazłam tam wiele dzieci, ale dzieci się nie zabija. Zwalczamy zabijanie nienarodzonych przez adopcję. Ludzie mówią czasem: ‘Matka Teresa ciągle mówi o planowaniu rodziny, sama jednak nie praktykuje tego, codziennie ma więcej dzieci.”

 

Familiaris consortio

 

To, co napisałem w encyklice Redemptor hominis znajduje swój początek i najwłaściwsze zastosowanie w rodzinie jako takiej: ‘Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa.

Adhortacja apostolska „Familiaris consortio” o zadaniach rodziny w świecie współczesnym nieprzypadkowo odnosi się do pierwszej encykliki św. Jana Pawła II. Można powiedzieć, że stała się tej encykliki uszczegółowieniem. Zwraca ona uwagę na priorytet duszpasterstwa rodzin w szeroko zakrojonym programie pontyfikatu Papieża z Polski.

Adhortację Ojciec Święty podpisał  22 listopada 1981 roku. Był to rok dramatyczny, szczególnie ze względu na zamach na Placu Świętego Piotra, w środę, 13 maja. Tego dnia Jan Paweł II miał ogłosić powołanie  do życia nowej dykasterii Kurii Rzymskiej – Papieskiej Rady Rodziny. Podjął tę decyzję po synodzie biskupów, którzy prosili między innymi o utworzenie takiego urzędu. Z powodu zamachu ogłoszenie tej decyzji nastąpiło dopiero 4 listopada. Również 13 maja – przed audiencją – Jan Paweł II spotkał się ze znanym francuskim genetykiem i obrońcą życia prof. Jeromem Lejeunem. 13 maja miała się także odbyć w  Rzymie manifestacja na rzecz legalizacji aborcji we Włoszech. Z powodu zamachu manifestację odwołano, ale legalizacja – ku wielkiemu bólowi Jana Pawła II – została ostatecznie przeprowadzona.

Po blisko ćwierćwieczu Kościół powraca do refleksji na małżeństwem i rodziną na zaproszenie papieża Franciszka. Trudno mówić teraz o jej rezultatach. Pewne jest, że sprawa ta budziła, budzi i budzić będzie mocne reakcje. Jest to bowiem sprawa życia i śmierci.

 

Paweł Zuchniewicz

Artykuł z tygodnika "Niedziela" październik nr 43/2014 

 

Zapytałem Kimberly, jaki wybrała temat.

– Antykoncepcję – odpowiedziała.

– Antykoncepcję? W zeszłym roku też była taka możliwość, ale nikt jej nie wybrał. To w sumie problem katolików. Po co miałabyś się zajmować antykoncepcją?

– Ciągle spotykam się z pytaniami o kontrolę urodzeń w czasie moich prelekcji o aborcji. Nie mam pojęcia dlaczego, ale tak jest. Pomyślałam, że to dobra okazja, żeby dowiedzieć się, czy Biblia ma coś do powiedzenia na ten temat.

 

Droga do domu

 

Cytat ten pochodzi ze znakomitej książki Kimberly i Scotta Hahnów „W domu najlepiej. Moja droga do Kościoła katolickiego” (tytuł oryginalny „Rome sweet home”), która opowiada historię nawrócenia pastora protestanckiego i jego żony na katolicyzm. Ów pastor był specjalistą od teologii przymierza. Oboje z żoną studiowali w Seminarium Teologicznym Gordon-Conwell, a Scott był jednym z najbardziej przekonanych przeciwników katolicyzmu. O sobie i swoim koledze pisał: Jako jedyni spośród studentów prezbiteriańskich byliśmy na tyle konsekwentni w swoich antykatolickich przekonaniach, by uważać, że w Wyznaniach Westminsterskich powinien zostać zachowany wiersz, który większość reformowanych chrześcijan miała ochotę opuścić – papież jest antychrystem.

Jednak, gdy jego żona dała mu książkę katolika, Johna Kipleya „Kontrola urodzeń a przymierze małżeńskie” (obecnie nosi tytuł „Seks a przymierze małżeńskie”), zaciekawił się i zaczął czytać. Przeżył szok. Katolik ma rację!

Wykazywał on, że małżeństwo nie jest kontraktem, polegającym jedynie na wymianie dóbr i usług, ale przymierzem, polegającym na wymianie osób.

Kipley dowodził, że każde przymierze ma jakiś akt, w którym wyraża się i odnawia, i że akt małżeński jest właśnie takim aktem. Kiedy przymierze małżeńskie jest odnawiane, Bóg za jego pośrednictwem może wzbudzać nowe życie. Odnawianie przymierza małżeńskiego przy jednoczesnym stosowaniu kontroli urodzeń, by zniszczyć potencjał nowego życia, jest porównywalne z przyjmowaniem Eucharystii i wypluwaniem jej na ziemię.

 

Przymierze z Bogiem i człowiekiem

 

18 sierpnia 1979, w Cincinnati, w obecności naszych rodzin i ponad pięciuset przyjaciół, zawarliśmy przymierze małżeńskie, zobowiązując się postawić Jezusa w centrum naszego wspólnego życia. Mieliśmy tyle marzeń, że ledwo starczyłoby życia na ich realizację.

Tak Scott Hahn opisywał początek swojej małżeńskiej drogi z Kimberly.

Dwa tygodnie później, 5 września 1979 papież Jan Paweł II rozpoczął cykl katechez „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich”. Scott nic o tym jeszcze nie wiedział, a papieża miał za największego wroga chrześcijaństwa. Kiedy w październiku 1979 Jan Paweł II przyleciał do Stanów Zjednoczonych, nawet protestanci się nim zachwycali. Ale nie Scott: Uzurpował sobie władzę wiązania setek milionów serc i umysłów jako rzekomo nieomylny nauczyciel wszechświata. I to ma być wspaniałe? To odrażające!

A jednak, tak się stało, że właśnie dzięki swojemu małżeństwu oraz dzięki studium biblijnej nauki o przymierzu Hahn odkrył prawdę  przechowywaną i głoszoną przez Kościół katolicki.

Przez wieki Kościół zmagał się z najróżniejszymi herezjami, co miało tę dobrą stronę, że konkretyzowała się coraz bardziej nauka o wierze. Dziś  nie kwestionuje się już tak bardzo prawd wiary, natomiast coraz wyraźniej widać kwestionowanie prawdy o człowieku, co abp Henryk Hoser nazwał trafnie herezją antropologiczną. Uderza ona przede wszystkim w małżeństwo i rodzinę. Był tego świadom św. Jan Paweł II, który istotną część swojego nauczania poświęcił tej tematyce. Nie jest przypadkiem, że na początku pontyfikatu zdecydował się on właśnie na formę katechezy – regularnego wykładu opartego na autorytecie Piotra – w której przedstawił Boży zamysł wobec kobiety i mężczyzny połączonych małżeńskim przymierzem.

 

Komunia i dar

 

Miłość oblubieńcza polega na oddaniu swojej własnej osoby. Istotą miłości oblubieńczej jest oddanie siebie, swojego ja – pisał Karol Wojtyła już w wydanej w 1960 roku książce „Miłość i odpowiedzialność”. – Stanowi to coś innego i zarazem coś więcej niż upodobanie, pożądanie a nawet życzliwość. Te wszystkie formy wychodzenia w kierunku drugiej osoby pod kątem dobra nie sięgają tak daleko jak miłość oblubieńcza. Czymś więcej jest dać siebie aniżeli tylko chcieć dobra – choćby nawet przez to drugie ja stawało się jakby moim własnym, jak w przyjaźni. (...) Kiedy miłość oblubieńcza wejdzie w tę relację międzyosobową, wówczas powstaje coś innego niż przyjaźń – mianowicie wzajemne oddanie się osób.

Jest to ta sama myśl, którą odkrył Scott Hahn analizując akt małżeński jako znak przymierza. Wojtyła dowodził, że w używanym dla określenia zbliżenia płciowego określeniu „oddać się sobie” zawiera się głęboka prawda: kobieta i mężczyzna dają się sobie wzajemnie w darze, do którego natury należy, iż jest on całkowity i nieodwołalny. To było głębokie uzasadnienie nierozerwalności małżeństwa. Nie dlatego, że Kościół tak mówi, nie dlatego, że z czyjegoś nakazu nie wolno się rozwodzić, ale dlatego, że taka jest wewnętrzna prawda o wzajemnym obdarowaniu się sobą – tak głębokim, że poczyna się z niego nowy człowiek – świadectwo tej jedności.

Później – już jako kardynał – Karol Wojtyła opublikuje w Ateneum Kapłańskim artykuł „Małżeństwo jako communio personarum”. Postulował w nim, aby związek kobiety i mężczyzny nazwać komunią osób. To była swoista rewolucja. Do tej pory termin „komunia” miał tylko jedno znaczenie. Było ono ściśle związane z obecnością Chrystusa w Eucharystii. Przemyślenia Wojtyły prowadziły bardzo daleko – zjednoczenie małżonków związanych sakramentem jest tak głębokie, a owoce z tego płynące tak doniosłe, że w przypadku małżeństwa termin komunia jest jak najbardziej zasadny – twierdził.

 

Dar i tajemnica

 

W 1987 roku papież Jan Paweł II po raz trzeci odwiedził Polskę. Ta pamiętna pielgrzymka odbyła się z okazji Kongresu Eucharystycznego, a poszczególne jej stacje poświęcone były sakramentom. W Szczecinie Ojciec Święty mówił o małżeństwie i jego więzi z Eucharystią, nawiązując do hasła Kongresu: „Do końca ich umiłował”:

Ludzka miłość „aż do śmierci” musi się głęboko zapatrzeć w tę miłość, jaką Chrystus do końca umiłował. Musi tę Chrystusową miłość poniekąd uczynić swoją, ażeby sprostać treściom małżeńskiej przysięgi: „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Z tej przysięgi buduje się szczególna jedność: wspólnota osób  Communio personarum. Jest to jedność — zjednoczenie serc i ciał. Jedność — zjednoczenie na służbie życiodajnej miłości. 

 

Kościół domowy

 

Niektórzy uczestnicy ostatniego – tak burzliwego – synodu o rodzinie mówią o „cudzie Jana Pawła II”. Właśnie w rocznicę jego wyboru, 16 października nastąpił przełom, który zadecydował, że końcowy dokument synodu wygląda znacznie lepiej niż niezwykle kontrowersyjna wersja wstępna, która wyglądała jak próba rozmontowania prawdy o rodzinie. Wbrew pozorom spór, który się ujawnił na Synodzie nie dotyczy tylko nowego podejścia duszpasterskiego do trudnych sytuacji małżeńskich. Batalia ta dotyczy samego jądra doktryny i jest ona dziś równie ważna i dramatyczna jak prowadzony przed wiekami spór o realną obecność Chrystusa w Eucharystii. Tak bowiem jak Eucharystia buduje Kościół, tak sakrament małżeństwa buduje „Kościół domowy” czyli rodzinę. Nie zapominajmy, że Kościół pierwotny nie dysponował świątyniami, lecz znajdował schronienie właśnie w domach rodzin chrześcijańskich.

 

Paweł Zuchniewicz

Artykuł z tygodnika "Niedziela", listopad 46/2014

 

 

 

Floribeth Mora obudziła się i jej wzrok padł na zdjęcie Jana Pawła II, które znajdowało się na okładce dodatku do gazety. W publikacji umieszczono biografię papieża, opis pontyfikatu, listę jego podróży. Patrzyła przez dłuższy czas na fotografię Ojca Świętego, który w charakterystycznym geście rozkładał ręce, jakby chciał wszystkich objąć. Wpatrywała się w jego oczy i nagle usłyszała głos, który mówił: „Wstań, nie lękaj się”.

Wydarzyło się to na Kostaryce 2 maja 2011 r., kilka godzin po tym, jak w Rzymie Benedykt XVI beatyfikował swojego poprzednika. Trzy tygodnie wcześniej, 8 kwietnia – dokładnie w szóstą rocznicę pogrzebu Jana Pawła II Floribeth obudziła się z potwornym bólem głowy. Jego przyczyną był niemożliwy do operacyjnego usunięcia tętniak mózgu.

Niewytłumaczalne po ludzku zniknięcie tętniaka było tym cudem, który otworzył drogę do kanonizacji Jana Pawła II. Niezwykle wymowne w tej historii są daty: w rocznicę jego pogrzebu choroba się ujawniła, tuż po beatyfikacji – zniknęła. Jeszcze wymowniejsze są słowa, które usłyszała uzdrowiona: „Wstań, nie lękaj się”.

 

Wstań

 

Gdy nadeszła „Jego godzina", Jezus mówi do tych, którzy z Nim byli w ogrodzie Getsemani - do Piotra, Jakuba i Jana, najbliższych, szczególnie wybranych i umiłowanych Uczniów: Wstańcie, chodźmy!" (por. Mk 14, 42) — pisze papież w książce poświęconej jego posłudze biskupiej. — Nie tylko On sam ma „pójść" ku wypełnieniu tego, co zamierzył Ojciec, ale również oni z Nim.

Do tego właśnie dzieła Jana Pawła II nawiązał kard. Joseph Ratzinger w homilii podczas Mszy św. pogrzebowej 8 kwietnia 2005 r.:

"Wstańcie, chodźmy! - to tytuł jego przedostatniej książki. "Wstańcie, chodźmy!" - tymi słowy obudził nas z wiary zmęczonej, snu uczniów, tych z wczoraj i tych współczesnych. "Wstańcie, chodźmy!" mówi dziś także nam. Ojciec Święty był kapłanem aż do głębi, bowiem oddał życie Bogu za swoje owce, za owce całego świata, w codziennym darze służby Kościołowi, a zwłaszcza w trudnej próbie ostatnich miesięcy. 

Kardynał Ratzinger mówił wówczas o trzech odpowiedziach na wezwanie „Pójdź za mną!” – na wezwanie do kapłaństwa, do biskupstwa i wreszcie do papiestwa:

W październiku 1978 r.  Kardynał Wojtyła słyszy na nowo głos Pana. Odnawia się dialog z Piotrem, który zabrzmiał w dzisiejszej Ewangelii: "Szymonie, synu Jana, czy miłujesz mnie? Paś owce moje!" Na pytanie Pana: Karolu, czy mnie miłujesz?, arcybiskup krakowski odpowiedział z głębi swego serca: "Panie ty wszystkie wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham". Miłość Chrystusa była główną siłą naszego, umiłowanego Ojca Świętego. Kto go widział modlącego się, kto go słyszał głoszącego, to wie. I tak dzięki temu głębokiemu zakorzenieniu w Chrystusie mógł nieść ten ciężar, który przekracza normalne siły ludzkie: być pasterzem trzody Chrystusa i Jego Kościoła powszechnego.

Każdy następny dzień, miesiąc i rok pontyfikat przynosił kolejne odpowiedzi „tak”:

zamach i przebaczenie Ali Agcy, pielgrzymowanie po całym świecie i wynoszenie na ołtarze tak wielu świadków wiary po ostatnie zmagania z chorobą i słabością. Takim „wstańcie, chodźmy!” były Światowe Dni Młodzieży, walka o obronę życia ludzkiego, rozliczne starania o pokój, dążenie do jedności w Kościele, a także prośba o przebaczenie za grzechy chrześcijan.

 

Nie lękaj się!

 

Nie lękajcie się drodzy bracia i siostry, przyjąć Chrystusa i Jego władzy. Dopomóżcie Papieżowi - dopomóżcie wszystkim, którzy chcą służyć człowiekowi i całej ludzkości. Nie lękajcie się - otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi, otwórzcie drzwi Jego zbawczej władzy, otwórzcie jej granice państw, systemów ekonomicznych, systemów politycznych, szerokie obszary kultury, cywilizacji i rozwoju. Nie lękajcie się - Chrystus wie, co jest we wnętrzu człowieka, tylko on jeden wie. A dzisiaj człowiek tak bardzo często nie wie, co w nim jest. Tak bardzo często jest niepewny sensu swojego życia na ziemi, miota się między zwątpieniem a rozpaczą. Pozwólcie - proszę Was, błagam Was z pokorą i ufnością - pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka. On jeden ma słowa życia - życia wiecznego.

Pamiętamy ten fragment homilii Papieża z inauguracji pontyfikatu, 22 października 1978 r. Słowa „Non abbiatepaura!” („Nie lękajcie się!”) widniały też na Placu św Piotra. w dniu jego beatyfikacji, 1 maja 2011 r.

Warto zauważyć, że Kościół , wyznaczając datę wspomnienia błogosławionego, a wkrótce świętego, Jana Pawła II zrezygnował z tak zwanej daty urodzin dla nieba (czyli daty śmierci) właśnie na rzecz 22 października.

Dlaczego mówił on wówczas o lęku? Odebraliśmy to w kontekście sytuacji światowej – panowania ateistycznego komunizmu, być może ataków terrorystycznych, groźby konfliktu nuklearnego. Ale czy papież nie opisywał wówczas także własnego doświadczenia? Przecież wyznał publicznie – „bałem się przyjąć ten wybór”, mówiąc o werdykcie (czy jak to nazwał sam - „wyroku”) konklawe.

Słowa „Nie lękajcie się” przypominają też fragment ewangelii Łukasza o narodzeniu Jezusa. Pasterze w Betlejem słyszą od aniołów: „Nie bójcie się, oto zwiastuję wam radość wielką”. Jan Paweł II już na progu pontyfikatu myślał o tym, że staje przed nim zadanie wprowadzenia Kościoła w trzecie tysiąclecie od narodzenia Jezusa.

To się udało. Po wielkim jubileuszu roku 2000 przyszły jednak inne zagrożenia, których symbolem stały się walące się wieże World Trade Center. I wtedy Papież zaczął powtarzać (także w Krakowie podczas ostatniej pielgrzymki do Polski) „Przestań się lękać”.  Wówczas może bardziej niż na początku jego papieskiej drogi  widzieliśmy, że on sam miał się czego bać – choroby, niepełnosprawności, niedołężności.

 

Cnota męstwa

 

Znamy dość dobrze fakty – przynajmniej najważniejsze – z historii pontyfikatu Jana Pawła II. Dziś, kiedy przygotowujemy się do kanonizacji naszego rodaka, warto może zastanowić się nad tym, jakich cnót są one wyrazem. Święty to ten, który w sposób heroiczny praktykuje trzy cnoty teologalne: wiarę, nadzieję i miłość oraz cnoty moralne: roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie, męstwo. W procesie kanonizacyjnym trzeba wykazać wszystkie cnoty, choć nie wszystkie muszą występować w równym stopniu.

Wiemy, że nasz rodak był człowiekiem wielkiej wiary. Jak on się modlił, ileż łask i cudów doświadczyli ludzie za przyczyną jego wstawiennictwa u Boga! Wiemy, że był człowiekiem wielkiej nadziei – za czasów jego pontyfikatu rzeczy niemożliwe stawały się możliwe. Dobrze to obrazują słowa papieża do kanclerza Helmuta Kohla, gdy razem przekraczali Bramę Brandenburską: „Panie kanclerzu federalny, to szczęśliwa chwila w moim życiu, jesteśmy pod Bramą Brandenburską, papież i kanclerz. Muru już nie ma, Niemcy są zjednoczone, a Polska wolna.” Wiemy też, że potrafił kochać. Chyba najbardziej przejmujący tego dowód otrzymaliśmy w ostatnim tygodniu pontyfikatu, gdy – znękany chorobą – powiedział arcybiskupowi Dziwiszowi:  „Może lepiej, żebym umarł, jeśli nie mogę spełniać powierzonej mi misji”. Zaraz jednak dodał: „Niech się spełni wola Twoja. Totu stuus”.

Gdy zastanawiamy się nad jego cnotami moralnymi, to trudno nie zwrócić uwagi na cnotę męstwa. Każde „tak” Papieża było po ludzku aktem wielkiej odwagi. Tu na nowo dochodzimy do sceny, która stała się inspiracją tytułu książki o jego posłudze biskupiej. Jeden z jej rozdziałów jest wprost zatytułowany „Mężni w wierze”. Jan Paweł II rozpoczyna go od przypomnienia postaci prymasa Stefana Wyszyńskiego i przytacza obszerny cytat z „Zapisków więziennych”:

„Brak męstwa - mówił - jest dla biskupa początkiem klęski. Czy jeszcze może być apostołem? Przecież istotne dla apostoła jest świadectwo Prawdzie! A to zawsze wymaga męstwa" (kard. S. Wyszyński, Zapiski więzienne, Paryż 1982, s. 251). I jeszcze te jego słowa: „Największym brakiem apostoła jest lęk. Bo budzi nieufność do potęgi Mistrza, ściska serce i kurczy gardło. Apostoł już nie wyznaje. Czy jest apostołem? Uczniowie, którzy opuścili Mistrza, dodali odwagi oprawcom. Każdy, kto milknie wobec nieprzyjaciół sprawy, rozzuchwala ich. Lęk apostoła jest pierwszym sprzymierzeńcem nieprzyjaciół sprawy. «Zmusić do milczenia przez lęk» - to pierwsze zadanie strategii bezbożniczej. Terror, stosowany przez wszystkie dyktatury, obliczony jest na lękliwość apostołów. Milczenie tylko wtedy ma swoją apostolską wymowę, gdy nie odwraca oblicza swego od bijącego. Tak czynił milczący Chrystus. Ale w tym znaku okazał swoje męstwo. Chrystus nie dał się sterroryzować ludziom. Gdy wyszedł na spotkanie hałastry, odważnie powiedział: «Ja jestem»" (tamże, s. 94).

 

Od pogrzebu do zmartwychwstania

 

Floribeth Mora i cała jej rodzina od 8 kwietnia 2011 r. przeżyli bardzo trudne trzy tygodnie. Floribeth bała się śmierci, cierpiała jeszcze bardziej, widząc smutek na twarzy męża i dzieci.  W jakiś sposób ten okres w ich życiu stał się obrazem tego, co przeżywało tak wielu ludzi w czasie między 2 a 8 kwietnia 2005 r. Pogrzeb Jana Pawła II, który odbył się w tym dniu przy wietrznej, deszczowej pogodzie był jakąś kulminacją tego smutku i bólu rozstania. Mimo naszego przekonania o świętości Papieża (Santo subito), mimo wiatru przewracającego karty ewangeliarza na trumnie (powiew Ducha Świętego?) u wielu uczestników pogrzebu krople deszczu mieszały się ze łzami. Sześć lat później przy pięknej słonecznej pogodzie Benedykt XVI ogłosił swojego poprzednika błogosławionym. Każdy, kto był na Placu św. Piotra pamięta to niezwykłe uczucie radości, które pojawiło się w nas, gdy odsłonięto wizerunek Jana Pawła II na lodżii Bazyliki św. Piotra. Jeśli mielibyśmy iść dalej według klucza z książki „Wstańcie, chodźmy!” to należałoby powiedzieć, że po Getsemani, Kalwarii i złożeniu w grobie znaleźliśmy się z powrotem w Wieczerniku owego pierwszego dnia tygodnia, gdy „zatrwożeni i wylękli” apostołowie usłyszeli: „Pokój wam”.

W tym samym czasie, wiele tysięcy kilometrów na zachód, pod osłoną nocy (Kostarykę i Watykan dzieli pięć godzin różnicy czasu) dokonywał się cud, który otwierał na nowo życie przed żoną i matką rodziny.

Teraz ma ona być obecna podczas uroczystości kanonizacyjnej. Usłyszy, że „sługa dobry i wierny”, jakim był Jan Paweł II, może od tego dnia cieszyć się mianem świętego, a zatem człowieka, który swoje życie z Bożą pomocą uczynił podobnym do życia Mistrza stając się dla innych orędownikiem (jakże skutecznym!) i… wzorem.

 

Nasze lęki powszednie

 

Kiedyś, chyba w roku jubileuszowym 2000, w Gdyni na plaży odbył się koncert Arki Noego. Robert Friedrich chciał wprowadzić piosenkę o świętości i zapytał – kto chce iść do nieba? Wszyscy podnieśli ręce. Potem padło drugie pytanie: Kto chce iść do nieba dziś? I tu jakoś reakcja nie była równie spontaniczna.

Na tym polega też problem ze szczęściem. Chcemy go, ale droga dojścia do niego wywołuje obawę.

Dla jednego jest to lęk przed zawarciem trwałego związku małżeńskiego, dla innego – lęk przed dzieckiem. Jeszcze ktoś może bać się odpowiedzi na głos powołania do stanu duchownego. W ogóle dziś wieloma ludźmi kieruje strach przed jakimkolwiek trwałym zobowiązaniem. Mamy nasze lęki małe i duże. Rodzice i wychowawcy obawiają się stawiać wymagania dzieciom (i sobie!), boimy się zrobić rzetelny rachunek sumienia, jest lęk przed spowiedzią, nawet lęk przed tym, że zabawa bez alkoholu wyjdzie źle. Jeśli to lęk staje się głównym kryterium naszych wyborów (brak decyzji też jest decyzją), to stajemy się coraz bardziej jego niewolnikami, stwarzamy w sobie ciemne przestrzenie, do których nie chcemy dopuścić światła.  W rezultacie szukamy „świateł zastępczych”, zastępczych „radości”, zastępczego „szczęścia”: w supermarkecie, przed ekranem telewizora, komputera, w powierzchownych relacjach.

22 października, ponad trzy dekady po tamtym „Nie lękajcie się” po raz pierwszy będziemy obchodzić wspomnienie świętego Jana Pawła II. Świętego – a zatem orędownika i wzoru do naśladowania. Jako orędownik dowiódł on wielokrotnie – za życia i po śmierci – swojej skuteczności. A jako wzór? Pamiętam, jak w czasie Światowych Dni Młodzieży w Toronto pewien Polak osiadły w Kanadzie patrząc na zmaganie się Ojca Świętego z cierpieniem powiedział krótko: „Ja już nigdy nie będę się na nic skarżył”. Papież mówił wtedy do nas swoimi słowami i swoją postawą. Dziś mówi także.

 

Przymierze

 

Nazajutrz po beatyfikacji Jana Pawła II pogoda w Rzymie była ładna i nic nie zapowiadało deszczu. Po południu weszliśmy do Bazyliki św. Piotra. Do zamknięcia pozostała godzina. I właśnie wtedy na zewnątrz lunęło. Świeży wiosenny deszcz padał, gdy pielgrzymi modlili się przy relikwiach błogosławionego, gdy zapisywali karteczki z intencjami i wrzucali je do przygotowanych koszyków. Zabrzmiał dzwonek, porządkowi ustawili się w poprzek kościoła i zaczęli iść w kierunku wyjścia uprzejmie acz zdecydowanie wypraszając ludzi. Gdy znaleźliśmy się na progu bazyliki deszcz przestał padać, wyjrzało słońce i – pojawiła się przepiękna tęcza. Ktoś powiedział: „Jan Paweł II zawarł z nami przymierze”.

Sięgnijmy raz jeszcze do „Wstańcie, chodźmy”:

Próby zapewne nas spotkają. Nie jest to niczym niezwykłym. To należy do życia wiary. Czasem próby są łagodne, czasem bardzo trudne, a nawet dramatyczne. W próbie możemy się czuć osamotnieni, ale łaska Boża, łaska zwycięskiej wiary, nigdy nas nie opuszcza. Dlatego każdą próbę, choćby najstraszniejszą, możemy przejść zwycięsko.

Kiedy mówiłem o tym do polskiej młodzieży w roku 1987 na gdańskim Westerplatte, odwołałem się do tego miejsca jako symbolu wierności w dramatycznej próbie. Tam w roku 1939 grupa młodych polskich żołnierzy, walcząc z niemieckim najeźdźcą o decydującej przewadze sił i uzbrojenia, złożyła zwycięskie świadectwo męstwa, wytrwania i wierności. Odwołałem się do tego wydarzenia, zapraszając zwłaszcza młodych do refleksji nad odniesieniem pomiędzy więcej być a więcej mieć, i ostrzegałem ich: „Nigdy samo więcej mieć nie może zwyciężyć. Bo wtedy człowiek może przegrać rzecz najcenniejszą: swoje człowieczeństwo, swoje sumienie, swoją godność". W tej perspektywie zachęcałem ich: „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali". I tłumaczyłem: „Każdy z was znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można zdezerterować. Wreszcie - jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba «utrzymać» i «obronić», tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie. Tak, obronić - dla siebie i dla innych" (12 czerwca 1987 r.).

Ludzie zawsze potrzebowali wzorców do naśladowania. Potrzebują ich także teraz, w naszych czasach naznaczonych zmiennymi i przeciwstawnymi ideami.

 

                                                                       Paweł Zuchniewicz

 

 

Artykuł pochodzi z Tygodnika Niedziela, nr 13/2014

Jest wieczór, 26 sierpnia 2012 roku. Dobiega końca dzień, w którym Polacy świętują uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Także w sanktuarium Matki Bożej Pokoju w Stoczku na Warmii Msza święta odprawiana jest według formularza tej uroczystości. Liturgia kończy się około dwudziestej, następnie kościół zostaje zamknięty, a opiekujący się sanktuarium księża marianie udają się na kolację. Nikt nie domyśla się, że w antepedium bocznego ołtarza św. Anny ukrył się przestępca, który ma zamiar ukraść liczącą trzy wieki srebrną sukienkę na obrazie Najświętszej Maryi Panny. 
Następnego dnia księża marianie odkrywają kradzież. Jak się później okaże, sukienka została bezpowrotnie stracona. Ujęty przez policję złodziej twierdził, że wrzucił ją do Wisły, bardziej prawdopodobne jest, że sprzedał ją paserowi, a srebro zostało przetopione.  
Dziwnym zbiegiem okoliczności ocalał różaniec ofiarowany przez Prymasa Stefana Wyszyńskiego, który spędził w Stoczku pierwszy rok swojego więzienia. Zsunął się on z sukienki, gdy złodziej niósł ją przez kościół. W sejfie zaś pozostały oryginalne korony nałożone przez papieża Jana Pawła II. Złodziej ukradł kopie.
Dziś jest już prawie gotowa nowa sukienka – dokładna kopia skradzionej. Dzięki ofiarności wiernych ozdobi ona obraz w tym niezwykłym roku dwóch rocznic: trzydziestej rocznicy koronacji obrazu Matki Pokoju, której dokonał bł. Jan Paweł II na Jasnej Górze oraz sześćdziesiątej rocznicy uwięzienia Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego.
 
Koronacja
 
W 1983 roku Jan Paweł II przyjeżdżał do Polski  po wprowadzeniu stanu wojennego i  zdławieniu „Solidarności”. Ojciec Święty osnuł tę pielgrzymkę wokół kilku postaci.  Jedną z nich był Prymas Tysiąclecia – człowiek, który prowadził Kościół w Polsce przez niemal cały okres rządów komunistycznych – od czarnej nocy stalinizmu po wybuch wolności przyniesionej przez ruch „Solidarności”.  I chyba właśnie z tego powodu doszło do koronacji obrazu Matki Pokoju ze Stoczka.
3 maja 1983 roku, na miesiąc przed przyjazdem Papieża, podczas Konferencji Episkopatu Polski ówczesny administrator apostolski diecezji warmińskiej, biskup Jan Obłąk dowiedział się, że Jan Paweł II ma koronować na Jasnej Górze trzy obrazy Najświętszej Maryi Panny: z Brdowa, Lubaczowa i Zielenic.  Zaproponował zatem, aby dołączyć do nich obraz ze Stoczka. Wydawało się to niemożliwe, ponieważ koronacja wymaga specjalnej procedury. Polscy biskupi poparli jednak pomysł, a sekretarz KEP, abp Bronisław Dąbrowski   osobiście przedstawił sprawę Papieżowi. „Trzeba to zrobić – powiedział Ojciec Święty – bo przecież w cieniu tego obrazu cierpiał i modlił się Prymas Tysiąclecia”.
I tak, 19 czerwca na Jasnej Górze Ojciec Święty nałożył korony na przywieziony ze Stoczka obraz. Zauważył wtedy bursztynowy różaniec zawieszony na srebrnej sukience. Gdy dowiedział się, że to podarunek od Prymasa ofiarował także swój - perłowy. „Wypraszajcie w Stoczku pokój dla całej ziemi” – poprosił. 
Tego samego dnia wieczorem Paweł II odniósł się do minionych miesięcy, które przyniosły Polsce przemoc, pogwałcenie praw człowieka i narodu. Wówczas też wspomniał o zamachu na swoje życie. Jak pamiętamy miało to miejsce na dwa tygodnie przed śmiercią Prymasa.
W dniu 13 maja minęło dwa lata od tego popołudnia, kiedy ocaliłaś mi życie. Było to na placu Świętego Piotra. Tam, w czasie audiencji generalnej, został wymierzony do mnie strzał, który miał mnie pozbawić życia.
Zeszłego roku w dniu 13 maja byłem w Fatimie, aby dziękować i zawierzać.
Dziś pragnę tu, na Jasnej Górze, pozostawić jako wotum widomy znak tego wydarzenia, przestrzelony pas sutanny.
Wielki Twój czciciel, kardynał August Hlond, prymas Polski, na łożu śmierci wypowiedział te słowa: „Zwycięstwo — gdy przyjdzie — przyjdzie przez Maryję”.
Totus Tuus.
 
Niewolnik 
 
Sanktuarium Matki Pokoju na Warmii powstało w 1641 roku, po szwedzkim potopie z myślą, aby dziękować za zwycięstwo nad Szwedami i prosić o pokój dla umęczonej wojnami Polski. W 1687 roku, ówczesny Prymas Polski Michał Radziejowski, bratanek króla Sobieskiego, ofiarował srebrną sukienkę na obraz NMP jako wotum za zwycięstwo nad Turkami pod Wiedniem. 
Może się to wydawać zaskakujące, ale Prymas Wyszyński nie wiedział, że uwięziono go w klasztorze przylegającym do tego sanktuarium. Kiedy przyjechał do Stoczka dwa lata po wyjściu z więzienia nazwał patronkę tego miejsca Nieznaną Opiekunką. Choć jej nie znałem – powiedział wtedy – ale czułem Jej troskliwą, macierzyńską opiekę.
Tym bardziej wymowny staje się fakt, że właśnie tu dokonał on aktu, który zaważył – jak się wydaje – na całej jego późniejszej drodze. 8 grudnia 1953 roku zapisał:
Oddaję się Tobie, Maryjo, całkowicie w niewolę, a jako Twój niewolnik poświęcam Ci ciało i duszę moją, dobra wewnętrzne i zewnętrzne, nawet wartość dobrych uczynków moich zarówno przeszłych jak obecnych i przyszłych, pozostawiając Ci całkowite i zupełne prawo rozporządzania mną i wszystkim bez wyjątku, co do mnie należy, według Twego upodobania, ku większej chwale Boga, w czasie i w wieczności.
Był to akt całkowitego zawierzenia, rezygnacji ze swojego „ja” na rzecz całkowitego i bezwarunkowego posłuszeństwa Bogu. Swoje uwięzienie Prymas potraktował jako szansę, aby przygotować się do tej ważnej decyzji.
Pragnę przez Ciebie, z Tobą, w Tobie i dla Ciebie stać się niewolnikiem całkowitym Syna Twojego, któremu Ty, o Matko, oddaj mnie w niewolę, jak ja Tobie oddałem się w niewolę.
Zobowiązaniu temu pozostał wierny przez całe życie. Więzienie będące po ludzku powodem wielorakiego cierpienia stało się dla niego przygotowaniem – swoistymi rekolekcjami, obumieraniem ziarna, z którego potem narodził się tak obfity owoc: Wielka Nowenna, Tysiąclecie Chrztu Polski i wybór Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. Związek między tymi wydarzeniami a narodzinami „Solidarności” i upadkiem systemu komunistycznego jest dziś oczywisty. To wszystko zaczęło się w Stoczku.
 Do aktu oddania Prymas przygotowywał się w oparciu o wskazówki św. Ludwika Marii Grignion de Montfort. Ten francuski zakonnik napisał „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”, w którym znajdują się słowa Totus tuus ego sum, et omnia mea tua sunt. Accipio Te In mea omnia. Praebe mihi cor Tuum, Maria (Cały Twój jestem i wszystko moje jest Twoje. Daj mi serce Twoje, Maryjo). 
Słynne „Totus tuus” Jana Pawła II pochodzi z tego właśnie zdania. 
 
1953-1983-2013
 
Z trzech lat spędzonych w więzieniu tu Prymas cierpiał najbardziej – zarówno duchowo jak i fizycznie. A jednocześnie – jak sam twierdzi – był to okres bardzo owocny duchowo. Rzecz ciekawa – powolne odradzanie się sanktuarium rozpoczęło się w 1957 roku, niedługo po uwolnieniu Prymasa. Dziś dzięki opiece Zgromadzenia Marianów stało się przepięknym, zadbanym miejscem, które z roku na rok ściąga coraz liczniejsze pielgrzymki. Niestety, ściągnęło też złodzieja, o którym była już mowa. Człowieka tego ujęto, niemniej – decyzją sądu – miał odpowiadać z wolnej stopy. Przed sześćdziesięciu laty Stoczek stał się więzieniem dla niewinnego - obecnie winny pozostał na wolności. Został osadzony w areszcie dopiero, gdy okradł następny kościół… 
Na szczęście Stoczek jest znakiem czasu nie tylko ze względu na to smutne wydarzenie. Przede wszystkim jest to miejsce, które przypomina, że – jak to w 1983 roku mówił Jan Paweł II – dla chrześcijanina nie ma sytuacji beznadziejnych. Prymas Wyszyński na progu swego uwięzienia napisał: Wiem od początku, że „moja sprawa” wymaga czasu i cierpliwości, że będzie trwała długo. Jest Bogu potrzebna: jest nie tyle sprawą „moją”, ile sprawą Kościoła. A takie sprawy trwają długo.
Co to znaczy „długo”? Nie dochodził do tego. Starał się wykorzystać czas jak najlepiej wierząc, że i on sam i ci, którzy go prześladują są w ręku mocniejszego od nich. Pielgrzym odwiedzający Stoczek dzisiaj może odkryć to samo. 
Nr 26 30.06.2013
 
Na zdjęciu: Jan Paweł II koronuje obraz Matki Pokoju 19 czerwca 1983 na Jasnej Górze
 

Z wikariuszem regionalnym Opus Dei w Polsce, ks. Piotrem Prieto rozmawiają Jan Ośko i Paweł Zuchniewicz.

 – Chcesz być przeciętnym? Ty jeden z wielu? Przecież zrodziłeś po to, aby przewodzić! Wśród nas nie ma miejsca dla opieszałych. Ukorz się, a Chrystus wznieci w tobie na nowo ogień Miłości” (Droga, 16).

Autor tych słów na pewno nie był człowiekiem przeciętnym. Czy ksiądz znał go osobiście?

Ks. Piotr Prieto: Pierwszy raz spotkałem się z nim w 1972 roku i od razu miałem wrażenie, że znam go od zawsze, tak jakby był członkiem mojej rodziny.

W pierwszych dniach października Rzym stał się celem podróży kilkuset tysięcy osób z całego świata. W ciągu kilku dni na lotniskach Ciampino i Fiumicino wylądowało w sumie 970 samolotów czarterowych. Do Wiecznego Miasta dotarło ok. 2100 autokarów, 10 pociągów specjalnych i... osiem statków, które zacumowały w pobliskim Civitavecchia. Część portowego nabrzeża nazwano imieniem św. Josemarii Escrivy, którego kanonizacja ściągnęła do Italii tak liczną rzeszę pielgrzymów. 

Ojciec Święty kanonizował Josemarię Escrivę, założyciela Opus Dei


(korespondencja z Rzymu)

Poniedziałek. 7 października 2002 roku. Dobiega końca Msza św. dziękczynna po kanonizacji założyciela Opus Dei, księdza Josemarii Escrivy.  Rzesza pielgrzymów wypełniająca Plac Św. Piotra z niecierpliwością oczekuje pojawienia się Ojca Świętego Jana Pawła II, który ma spotkać się z nimi na specjalnej audiencji. Na placu znajdują się także Anna i Wojciech Dąbrowscy z półrocznym synkiem Michałem. Są niedaleko bariery przy trasie przejazdu Papieża. „Może się uda” – myśli Wojtek, który wczoraj widział jak Ojcu Świętemu podawano małe dzieci do błogosławieństwa. Zbliża się godzina dwunasta. Wśród entuzjastycznych okrzyków wiernych biały papamobil rusza spod Bramy Dzwonów w kierunku Placu Św. Piotra. Mijają minuty. Samochód zbliża się do miejsca gdzie stoi polska rodzina. Ojciec wyciąga ręce z dzieckiem a jeden z papieskich ochroniarzy bierze Michała na ręce i wkłada do papamobile. Trwa to chwilę, ale dla takiej chwili warto było znosić trudy podróży autokarem z Polski do Rzymu i wielu godzin przebywania na Placu Świętego Piotra. „Michał jest jeszcze mały – jak Zacheusz – opowiada później z humorem Wojciech Dąbrowski – i dlatego odegrałem rolę drzewa”. 

Todd Beamer bardzo lubił swój telefon komórkowy. Często dzwonił z podróży do żony Lisy, która spodziewała się trzeciego dziecka. 11 września 2001 roku Todd znalazł się wśród pasażerów Boeinga porwanego przez terrorystów. Tego dnia nie zadzwonił do Lisy. 

W księdze pamiątkowej rzemieślników kaliskich znajduje się notatka następującej treści:

„Gdy na zegarze dziejowym wybije godzina sprawiedliwości i na Stolicy Apostolskiej zasiądzie po raz pierwszy papież zrodzony z matki Polki, to pozwolisz Eminencjo, że zgłosimy się z tą złotą księgą po raz wtóry.”