Na koniec szkoły średniej klasa mojego syna wybrała się na wycieczkę pod namioty na tereny pustynne. Któregoś dnia odwiedziła ich nauczycielka języka ojczystego i zaproponowała im pewne ćwiczenie z zakresu kreatywnego pisania. Jego celem miało być rozwinięcie ich pisarskich umiejętności. Uczniowie mieli o zmierzchu udać się w pojedynkę na pustynię, uzbrojeni w długopisy, notesy, świeczki i zapałki, znaleźć zaciszne miejsce, usiąść i „wejść w głąb siebie”. Następnie mieli opisać wyniki swych przemyśleń, aby na końcu podzielić się nimi z resztą klasy. Jak się można było spodziewać, dziewczęta zrobiły dokładnie to, czego oczekiwała nauczycielka. Wypełniły zeszyty zdaniami pełnymi uczuciowych refleksji. Chłopcy natomiast całkowicie odmówili współpracy. Zebrali się razem, ułożyli stos z zeszytów, podpalili go i zrobili sobie ognisko. Nauczycielka była przerażona. Myślała, że ma do czynienia z pozbawionymi uczuć, niebezpiecznymi barbarzyńcami, podpalaczami, a może nawet socjopatami. Oczywiście, nie należeli do żadnej z tych kategorii. Byli po prostu chłopcami.

Ten obszerny cytat pochodzi z wystąpienia prof. Cristiny Hoff Sommers z American Entreprise Institute. Na początku października była ona gościem Międzynarodowego Kongresu „Sukces w edukacji. Personalizacja nauczania” i mówiła o edukacji chłopców i młodych mężczyzn w XXI wieku. Kongres zebrał praktyków i teoretyków z dwudziestu jeden krajów świata. Przez dwa dni przedstawiali oni swoje doświadczenia, a zarazem przekonanie, że w obliczu głębokiego kryzysu, w jakim znalazła się edukacja możliwe są drogi wyjścia z niego.

 

            Szkoła z wizją

Prof. Hoff Sommers należy do coraz liczniejszego w Stanach Zjednoczonych grona entuzjastów różnicowania metod edukacyjnych ze względu na płeć. Ten sposób kształcenia przeżywa obecnie swoisty renesans, a wraca na scenę edukacyjną, ponieważ – jak twierdzi autorka głośnej książki „The War Against Boys” („Wojna przeciwko chłopcom”) – „it is not reactionary – it’s visionary” (to nie jest przestarzałe – to wizja przyszłości). „To nowy styl uczenia się – mówi Amerykanka – który pozwala uczniom być sobą. Wyobraź sobie, że jesteś ojcem chłopca w szóstej lub siódmej klasie. Widzisz, że w czytaniu jest on opóźniony o dwa lata w stosunku do swoich możliwości  i że jest na drodze do porzucenia nauki. Znajdujesz szkołę, w której wychodzą mu naprzeciw, pojawiają się przed tobą wielkie możliwości i chcesz z nich skorzystać”. Hoff Sommers wspomina swoją wizytę w szkole The Heights w pobliżu Waszyngtonu. Chłopcy II klasy gimnazjum szykowali się właśnie do odtworzenia bitwy pod Filippi, którą rzymskie wojska stoczyły w 42 roku przed Chrystusem. W dniu bitwy, z wykonanymi przez siebie kartonowymi tarczami i mieczami, uczniowie przez godzinę maszerowali, atakowali się i walczyli ze sobą. W pewnym momencie grupa wojowników utworzyła klasyczną formę żółwia – z tarczami i mieczami wystającym we wszystkich kierunkach. Inna grupa przypuściła szarżę, rzucając się dosłownie w środek żółwia. Młodsze klasy włączyły się w walkę, bombardując pole bitwy balonami napełnionymi wodą.

„Nie omieszkałam spytać dyrektora, czy byli jacyś ranni – wspominała prelegentka. –  Tego nie da się uniknąć, ale rany nie były zbyt poważne – odpowiedział, a przy okazji poinformował mnie, że tematem jednego z pierwszych wykładów, jakie szkoła organizuje dla rodziców nowych uczniów jest „znaczenie pozdzieranych kolan”. Mogłam się sama przekonać, że rzeczywiście obeszło się bez większych ran. Za to widziałam prawdziwą radość płynącą ze świetnej zabawy”. Naturalnie, uczniowie nie nabywają wiedzy historycznej jedynie w ten sposób. Całość przedsięwzięcia poprzedziło wiele godzin spędzonych w klasie nad historią wojen imperium rzymskiego.  Bez wątpienia jednak dla tych chłopaków szkoła nie będzie miejscem, którego się nie lubi.

The Heights to prywatna placówka o niemałym czesnym. (Chodzą do niej także uczniowie z uboższych rodzin –  zasobni rodzice płacą więcej, by można było przyjąć też biedniejszych – jest ich 25 procent; ma to duże znaczenie wychowawcze dla pozostałych chłopców, którzy w ten sposób nie wzrastają w „kloszu”). Coraz częściej jednak doświadczenia szkół zróżnicowanych ze względu na płeć wprowadzane są do amerykańskiego szkolnictwa publicznego.

 

Zadziwiająca skuteczność

 „Od końca lat 80-tych nauczyciele, rodzice i badacze zaczęli szukać alternatyw edukacyjnych – mówi prof. Cornelius Riordan z Providence College. –  Bezpośrednią przyczyną tego ruchu jest głęboki kryzys szkolnictwa publicznego. Przecież – to szokujące, ale prawdziwe – do niektórych szkół sprowadza się policję, aby dać sobie radę z narastającą przemocą.”

            Dochodzące do nas od czasu do czasu dramatyczne wiadomości o aktach brutalności, a nawet zbiorowych morderstwach to tylko szczyt góry lodowej, o którą – niczym Titanic – rozbija się amerykańskie szkolnictwo. O zmianach, które dokonały się tam przez zaledwie pół wieku świadczy zestawienie głównych problemów według nauczycieli szkół publicznych. I tak w roku 1940 najbardziej skarżyli się oni na to, że uczniowie zabierają głos poza kolejnością, żują gumę, hałasują, biegają po korytarzach, wpychają się do kolejki, są niewłaściwie ubrani, śmiecą. Pół wieku później zestaw ten zmienił się radykalnie. Teraz wymienia się na czele: używanie narkotyków, nadużywanie alkoholu, ciąże nieletnich, samobójstwa, gwałty, rabunek, napaść.

            Nic dziwnego, że coraz więcej osób szuka sposobów na zmianę tej sytuacji, a jedną z alternatyw okazało się stworzenie szkół prowadzących edukację zróżnicowaną ze względu na płeć.

Jedną z pierwszych nowych grup promujących ten styl nauczania była Szkoła Młodych Liderek założona w 1996 roku przez Annę Rubinstein Tisch, wówczas dziennikarkę w sieci telewizyjnej NBC.Szkoły zróżnicowane ze względu na płeć istniały tylko dla dziewcząt z zamożnych rodzin, dla dziewcząt w parafiach lub dla wyznawczyń judaizmu (Yeshiva girls) – mówi Tisch w rozmowie z US&World Report – ale nie dla dziewcząt z  gett miejskich”. A zatem w 1996 roku z błogosławieństwem ówczesnego burmistrza Rudolpha Giulianiego i wsparciem grupy adwokatów otworzyła we wschodnim Harlemie szkołę publiczną dla dziewcząt. Rezultaty były zdumiewające: w ciągu kolejnych sześciu lat 100 procent uczennic ukończyło szkołę, 100 procent dostało się do czteroletnich college’ów i 82 procent je ukończyło.

            Doświadczenia tej szkoły zainspirowały innych. Na przykład 2004 roku w Dallas, w stanie Texas powołano do życia szkołę publiczną przygotowującą dziewczęta do college’u. Jej wyniki były tak dobre, że w tym roku szkolnym uruchomiono męską szkołę liderów. Nawiasem mówiąc nosi ona imię Baracka Obamy.

 

 Gniew rodziców

„Rodzice wpadli w złość – mówi Riordan charakteryzując sytuację edukacji amerykańskiej na przełomie XX i XXI wieku. – Proszę sobie wyobrazić te wzburzone matki, które posyłają swoje dziecko do szkoły, w której nie dość, że się nie uczy, to jeszcze grozi mu niebezpieczeństwo.” Ten gniew w znacznym stopniu legł u podstaw szukania nowych rozwiązań, szczególnie dla dzieci mieszkających w rejonach wysokiego ryzyka (przestępczość wśród nieletnich, narkotyki, etc). „Ci rodzice – co zrozumiałe – pragną, aby ich dziecko otrzymało dobrą edukację – dodaje amerykański socjolog. –  Pragną, aby spełniły się ich marzenia wobec dzieci. I ci rodzice widzieli, że to się nie dzieje w szkołach koedukacyjnych. To oni stworzyli oddolne ciśnienie na zmianę. Ruch ten powstał na początku lat 90tych i napotkał na poważny opór.” 

Przeciwnicy szkół zróżnicowanych powoływali się na XIV poprawkę do konstytucji, która zakazuje dyskryminacji ze względu na płeć.  Ten argument wytrąciła im jednak ustawa edukacyjna No Child Left Behind (w wolnym tłumaczeniu: Żadne dziecko nie może być pozostawione w tyle), którą wspólnymi głosami demokratów i republikanów przegłosowano w Kongresie USA w 2001 roku. „Na mocy tej ustawy – wyjaśnia Riordan – przewidziano fundusze na rzecz innowacyjnych projektów szkolnych, między którymi znalazła się edukacja zróżnicowana.” Ustawę tę popierało wielu senatorów, między innymi ówczesna senator Hillary Rodham Clinton, która sama ukończyła żeński college Wellesley. „W Senacie i w Kongresie jest wiele kobiet – absolwentek szkół zróżnicowanych – zauważa Riordan. – Clinton poparła nie tylko ustawę No Child Left Behind, ale także szersze prawo, które umożliwiło finansowanie programów innowacyjnych. To z kolei wymusiło na Departamencie Edukacji dostosowanie swoich przepisów i zezwolenie na otwieranie szkół zróżnicowanych, pod warunkiem, że uczeń otrzyma tam taką samą edukację jak gdzie indziej.”

 

Prawdziwy mężczyzna to nie macho

Szybkie zmiany cywilizacyjne, które w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat zmieniły oblicze społeczeństw kultury zachodniej nie mogły nie odbić się na młodym pokoleniu. Zdaniem prof. Hoff Sommers jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest totalny kryzys męskości, a on z kolei wynika z zagubienia przez młodych mężczyzn ich tożsamości. Wynika to z coraz większej absencji wzorca ojcostwa, ale także z systemu edukacyjnego, który wręcz wypycha uczniów na margines. „Skala rezygnacji z nauki przez chłopaków jest porażająca – mówi – coraz więcej jest wśród nich analfabetów, coraz mniej wybiera college. A z drugiej strony w dzisiejszym świecie mało jest zawodów, które nie wymagają wysokiej edukacji. Jeśli młody mężczyzna nie będzie wykształcony, nie będzie dumny ze swoich osiągnięć i miejsca w społeczeństwie, to pojawi się inne zjawisko – męskość aberracyjna prowadząca do samozniszczenia i niszczenia innych. Jeśli mężczyźni nie znajdą w społeczeństwie swojego godnego miejsca, to znajdą bardzo nieprzyjemne sposoby, aby zostać zauważonymi”. Nauczyciele, nieświadomi możliwości, jakich dostarcza różnicowanie metod edukacyjnych ze względu na płeć, borykający się z problemami dyscyplinarnymi mają negatywne nastawienie do uczniów (szczególnie sprawiających większe kłopoty chłopaków), a dla nich z kolei szkoła staje się miejscem znienawidzonym. Nie bez znaczenia jest zjawisko dużego sfeminizowania zawodu nauczycielskiego, co – szczególnie wśród chłopców – utrudnia odnalezienie wzorca w osobie pedagoga. Skutki są widoczne gołym okiem. Rosną frustraci, którzy rezygnują z klasycznej roli mężczyzny, używającego swej siły i rozumu, aby bronić: rodziny przed biedą (praca zawodowa), społeczeństwa przed zastojem ekonomicznym (innowacyjność, zarządzanie). „Oni już nie będą opiekować się innymi – mówi Hoff Sommers – będą ich niszczyć. Dlatego chłopców trzeba cywilizować, wychowywać”. Co do tego zgadzają się wszyscy. Różnice pojawiają się w poszukiwaniu sposobów. Dla zwolenników koedukacji sposobem na cywilizowanie chłopaków jest wpływanie na to, by od dziewcząt uczyli się łagodności, by zmienili swoją naturę i stali się bardziej delikatni, wrażliwi, nastawieni na dialog. Problem w tym, że w praktyce nie pasuje to ani chłopcom ani … dziewczynom. „Zarówno liczne badania jak i codzienna praktyka wskazują, że podziały w szkole ze względu na płeć są silniejsze niż podziały ze względu na rasę – twierdzi profesor Jaume Camps z Międzynarodowego Uniwersytetu Katalonii w Barcelonie. – Dziewczynki tworzą zazwyczaj własne grupy oparte na takich aspektach jak rozmowa, intymność, kontakt osobisty, podczas gdy dla chłopców ważniejsze są: aktywność, hierarchia, wyznaczanie sobie nawzajem statutu.” Camps, który na warszawskim kongresie wystąpił z wykładem „Inteligencja płci w organizacji szkoły” zwrócił uwagę na to, że w praktyce koedukacja sprzyja zachowaniom konkurencyjnym lub dyskryminującym. „Między dziewczętami i chłopcami w klasie mieszanej istnieje ciągła presja, by bronić tożsamości płci – twierdzi Camps”.  Na podstawie badań, które przeprowadził wśród młodzieży przechodzącej ze szkół koedukacyjnych do szkół zróżnicowanych dowodzi, że znacznie łatwiej uczyć grupy homogeniczne płciowo, co więcej – sama młodzież lepiej pracuje w takiej grupie. Przytacza wypowiedzi z wywiadów przeprowadzonych z uczennicami: „ciężar prac w grupie spoczywa na dziewczynach”, „oni (chłopcy) zawsze chcą pracować z dziewczynami, bo są bardziej pracowite, i dzięki temu mogą zaoszczędzić na czasie”. Jedna z dziewcząt przyznaje: „normalnie nie bierze się chłopaka do swojej grupy, bo wiadomo, że albo nic nie zrobi, albo zrobi to źle”.  Dlatego obecni na kongresie nauczyciele i naukowcy zwracali uwagę na to, że skuteczniejsze z punktu widzenia procesu nauczania jest po prostu zaakceptować dziewczynę i chłopaka takimi jakimi są, dostosować metody dydaktyczne do ich natury i powrócić do traktowania szkoły jako przestrzeni nauki, a nie życia towarzyskiego, na które jest miejsce w rodzinie, przy różnych zajęciach pozaszkolnych, w czasie prywatnym.

 

O wolność wyboru

Problemy, o których tu mowa pukają już natarczywie do drzwi polskich szkół. Młodzi mężczyźni zostają w tyle za dziewczętami między innymi w zakresie czytania, co ma daleko idące konsekwencje edukacyjne. W Polsce, podobnie jak w USA, rosną analfabeci, którzy odpadają w wyścigu na atrakcyjne studia wyższe, stające się coraz bardziej domeną kobiet. Czy to coś złego? – zapyta ktoś przypominając, że przez całe wieki mieliśmy do czynienia z dominacją mężczyzn. Może teraz trzeba to odwrócić?

„Sądzę, że kobiety i mężczyźni powinni dzielić troskę o ten świat i to nie w ten sposób, że jedno dominuje nad drugim – mówi prof. Hoff Sommers.  – W latach 80 tych zaangażowałam się w feminizm, ponieważ chciałam wzajemnego szacunku i równości szans. Nie chodziło o to, by jedni byli lepsi od drugich. Po co teraz tworzyć odwrotną sytuację? To nie zadziała”. Amerykanka dodaje, że jej rodacy nie zdali sobie sprawy z tego, że staje przed nimi wyzwanie i że wszyscy zapłacą cenę za to, że go nie podjęli. „Chłopcy za to zapłacą, dziewczyny nie będą mogły znaleźć mężczyzn, z którymi mogłyby zakładać rodziny i zapłaci społeczeństwo, ponieważ nie będzie miało tej innowacyjności, kreatywności, którą wnoszą mężczyźni – twierdzi Hoff Sommers. –  Jeśli społeczeństwo nie znajdzie sposobu na to, jak ich zainspirować, to będzie miało wielkie problemy – społeczne i ekonomiczne”. W Stanach już się o tym przekonują. A w Polsce?

„Zorganizowaliśmy ten kongres w waszym kraju, ażeby wesprzeć wolność rodziców – mówi Josep Maria Barnils, prezes EASSE – w Polsce prawie nie ma ośrodków nauczania zróżnicowanego, nie ma według mojej wiedzy żadnej szkoły publicznej, która stosowałaby tę metodę. Rodzice nie mają więc możliwości wyboru. Ja nie twierdzę, że edukacja zróżnicowana jest lepsza od koedukacji, lecz twierdzę, że powinna być wolność wyboru”.

Obecnie na placu edukacyjnego boju trwają jeszcze nieliczne szkoły z tradycją sięgającą czasów przedwojennych (np. platerki i nazaretanki), jakimś pierwiosnkiem jest dynamiczny rozwój zakładanych przez rodziców placówek Sternika. Brakuje szerszego studium badającego różnicowanie metod edukacyjnych ze względu na płeć, pokutują stereotypy, na bazie których potępia się w czambuł ten typ edukacji.

„Dziewczęta i chłopcy są różni – mówi Piotr Podgórski, prezes EASSE Polska. – Powinniśmy każdą i każdego traktować zgodnie z jego osobistymi cechami. W edukacji zróżnicowanej jest to łatwiejsze niż w koedukacji. Oczywiście, możliwa jest dobra szkoła, do której chodzą razem uczennice i uczniowie. Ale o wiele prościej osiągnąć cele edukacyjne w szkole zróżnicowanej.”

(Uważam Rze, 28/2011 24-30.X.2011)

Początek września. Nasze dzieci idą do szkoły. Czy za dziesięć miesięcy, pod koniec czerwca 2014 będą nie tylko lepszymi uczniami, ale i lepszymi, dojrzalszymi ludźmi? Zapraszam do lektury...
 
Dr Andrzej Nagórko pracuje na Wydziale Matematyki Uniwersytetu Warszawskiego od 2007 roku. „Mój wydział jest dość specyficzny – mówi, gdy pytam go o poziom absolwentów szkół średnich. – Przyciągamy rokrocznie dość dużą grupę olimpijczyków. Oni byliby dobrzy w każdej szkole. To pasjonaci, którzy ciężko pracują samodzielnie już w szkole średniej. Prezentują bardzo wysoki poziom w matematyce czy w informatyce i wygrywają światowe konkursy. Natomiast na drugim biegunie znajduje się grupa studentów, która mocno odstaje. To ci, którzy opierali się na nauczaniu szkolnym.”
Dr Nagórko jest w o tyle ciekawej sytuacji, że zna również drugą stronę tego edukacyjnego medalu, ponieważ uczy w gimnazjum.  Na co dzień „walczy” o przekonanie uczniów, że używanie szarych komórek bardzo się przydaje. „Na przykład poświęciłem lekcję na wykazanie, że trójkąt może mieć 0, 1 lub 3 osie symetrii – wspomina. – Uczniowie nie są przyzwyczajeni do dowodzenia. Wystarczy im powiedzieć: trójkąt nie może mieć dwóch osi symetrii  i sprawa załatwiona”. Tę obserwację potwierdzają badania. „W większości zadań wymagających od ucznia przeprowadzenia choćby prostego, własnego rozumowania, nasi uczniowie wypadają słabiej, niż ich rówieśnicy w krajach OECD” – czytamy w podsumowaniu raportu PISA, czyli Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów.
Wbrew pozorom nie jest to tylko kwestia z obszaru matematyki, której nie każdy musi być pasjonatem. 
Pani Barbara Strycharczyk od wielu lat uczy łaciny. „Młodzież zmienia się, zmieniają się też absolwenci studiów – mówi. – Coraz częściej czekają na gotowe rozwiązania. Gdy przychodzi do mnie na lekcję praktykantka, to napotykając na problem pyta – co ja mam zrobić? Ludzie czekają na instrukcje, bez nich stają się bezradni”.
Andrzej Nagórko: „Na pierwszym wykładzie na naszym wydziale profesor podaje stwierdzenie i następnie je udowadnia. Studenci pytają: po co, przecież my panu wierzymy.  Nie rozumieją, że tu nie chodzi o przyjęcie faktów, ale nauczenie się sprawdzania i wykrycia luki”.  Uczniowie mogą przejść przez szkołę i w ogóle nie dowiedzieć się, że jest coś takiego  jak dowodzenie. Coraz bardziej popularne testy, jeśli nawet jeszcze nie prowadzą do utożsamiania nauki z rodzajem lotto,  to z pewnością nie prowadzą do rozwoju myślenia analitycznego. „Testy nie wykażą, na ile uczeń jest twórczy – mówi Barbara Strycharczyk. – One sprawdzają czy potrafi automatycznie wstawiać elementy.  I to młody człowiek zabiera ze sobą w życie.  Platon zakazywał wejścia do Akademii ludziom, którzy nie znali matematyki, zaś władze carskie rugowały ze szkół łacinę i kulturę antyczną, bo pokazywała wzory do naśladowania – co zrobić, aby myśleć twórczo i nie poddać się”. W dobie komputerów nic nie straciła na aktualności mądrość filozofa i przemyślność zaborców.  Wspaniałe narzędzie, jakim jest ludzki mózg uczy się i nabywa nie tylko dobrych nawyków, ale i złych. Zdolność przeprowadzenia dowodu matematycznego nie jest potrzebna każdemu człowiekowi, natomiast bez zdolności krytycznego myślenia łatwo popełnić omyłkę w każdej sferze życia. 
 
Dojrzałość komputerowa
 
Każde dobro wypracowane przez człowieka staje się dla niego również zadaniem do udźwignięcia. Dziś stosunkowo łatwo mieć samochód, ale za tym musi iść nie tylko umiejętność prowadzenia go, lecz także znajomość przepisów, skupienie uwagi, przewidywanie wydarzeń na drodze. Niewątpliwie, niejeden chłopiec chciałby usiąść za kierownicą samochodu taty, wiadomo jednak, że musi do tego osiągnąć pewną dojrzałość, na którą składa się zarówno wiek jak i osobiste predyspozycje i umiejętności. 
Podobnie jest z komputerem i internetem. To wspaniałe, że możemy mieć takie narzędzia pozyskiwania wiedzy i komunikacji, ale wiemy dobrze, że to nie wystarczy. Potrzeba jeszcze odpowiedniej dojrzałości. 
Ciekawe, że w elitarnej szkole dla chłopców „The Heights” pod Waszyngtonem z młodszych klas w ogóle usunięto komputery, stawiając przede wszystkim na uczenie przez doświadczenie i kontakt interpersonalny. Osoba dojrzewa poprzez bezpośrednią relację z innymi osobami, przez rozmowę i uruchamianie procesów myślowych, przez dokonywanie wyborów i przyjmowanie za nie odpowiedzialności – dobrych, a czasem także mniej dobrych konsekwencji. Oczywiście, nie chodzi tutaj o to, aby uczniom odciąć dostęp do komputerów. Nie byłoby to ani możliwe, ani rozsądne. Lecz wprowadzanie w ten świat musi kierować się roztropnością i przemyślanymi zasadami, jak choćby ta, że dzienny czas spędzony z książką i przy odrabianiu tradycyjnych lekcji jest przynajmniej równy czasowi spędzonemu z komputerem, a najlepiej jeśli elektronika w tych zmaganiach przegrywa z rzeczywistym życiem. Wiara, że nieograniczony dostęp do wiedzy i elektroniczna komunikacja będą remedium na problemy czekające młodzież w życiu dorosłym jest naiwnością, za którą drogo  będzie płacić pokolenie naszych dzieci.
„Mam spory problem przy zadawaniu pracy własnej, czy pracy domowej – mówi Barbara Strycharczyk. – Coraz częściej uczniowie odrabiają ją metodą kopiuj/wklej, a potem nawet nie potrafią przeczytać tego ze zrozumieniem. Niestety mamy tu do czynienia z syndromem braku myślenia twórczego. Kontakt z lekturą stymuluje samodzielność intelektualną, poszukiwanie. Natomiast  łatwość dostępu do internetu sprzyja odtwórstwu, kształtowaniu umysłu wąskiego i bezkrytycznego. Wyrabia przy tym nawyk korzystania z gotowych rozwiązań, a w dalszej perspektywie skłania do wyboru rzeczy najłatwiej osiągalnych, znajdujących się „pod  ręką”. Wysiłek, tak ważny przy kształtowaniu dojrzałej osobowości, przestaje być w cenie.” 
Człowiek wychowany w ten sposób już nie protestuje, że się od niego czegoś wymaga (co jest zrozumiałe) – on się temu po prostu dziwi i nie rozumie.
- Czy nasza młodzież jest słabsza, gorsza niż kiedyś? – pytam panią Strycharczyk.
- O nie! – protestuje. –  Są organizacyjnie znacznie bystrzejsi, posiadają bardzo wiele umiejętności. Z roku na rok maleje jednak procent tych, którzy potrafią je łączyć z wiedzą, a osiągnięcia uzależnione są właśnie od tych dwóch elementów. Kiedy brakuje podstaw merytorycznych, to działa się niejako po omacku. 
Obietnica tableta z bezpłatnym podręcznikiem dla każdego ucznia wygląda kusząco i nowocześnie, ale za tym idzie jeszcze większe uzależnienie młodego człowieka od elektroniki i centralnie dobrana propozycja wiedzy. Czy na pewno będzie służyć to dojrzewaniu uczniów jako osób (a nie tylko jako operatorów technicznych nowości)? Czy nie będzie to kolejny sygnał dla nauczycieli, że nie warto prowadzić programów autorskich, a dla rodziców, że lepiej zaoszczędzić pieniądze na standard niż wydać je na klasyczne książki? 
Towarzyszy temu przesuwanie w dół wieku szkolnego. Nie chodzi tu tylko o kontrowersyjny dla wielu rodziców pomysł wcześniejszego pójścia dzieci do szkoły. Na drugim końcu edukacyjnej drogi znajduje się bowiem bardzo wczesne podejmowania decyzji dotyczących specjalizacji zawodowej. Na ile jest to w stanie zrobić siedemnastolatek, a w przyszłości szesnastolatek? Czy obecny system edukacyjny daje mu możliwości osiągnięcia odpowiedniej dojrzałości? Warto pamiętać, że człowiek to nie tylko intelekt, ale także wola czy emocje, a to są obszary szczególnej wrażliwości właśnie w nastoletnim wieku. 
 
Miasto Jana Pawła II
 
W lutym 2012 roku „Gość Niedzielny” piórem Piotra Legutki donosił o protestach krakowskich licealistów broniących swoich szkół przed przyjęciem uczniów z innych (czytaj „gorszych”) liceów, które miały być zamknięte. Wiceprezydent Krakowa, Anna Okońska-Walkiewicz zaproponowała uczniom szkół zamykanych przez gminy, aby wybrali sobie dowolne (także renomowane) liceum, do którego chcą chodzić. Reakcja na facebooku uczniów tych prestiżowych szkół? Oświadczyli, że ich potencjalni koledzy i koleżanki są „miernotami i plebsem, który nadaje się wyłącznie do czyszczenia kibli”, „niewydolnymi intelektualnie nieudacznikami”, „intruzami, którzy chcą dostać się do najlepszych szkół bocznymi drzwiami”.
Zanim ocenimy takie wypowiedzi, zapytajmy się czy tych licealistów można nazwać dojrzałymi, myślącymi ludźmi? Czy ich postawa jest czymś przemijającym, czy też można domniemywać, że tak samo będą odnosić się do kolegów w pracy, sąsiadów, kto wie, może nawet członków rodziny za pięć, dziesięć, piętnaście lat? I to bez względu na osobiste IQ oraz miesięczne dochody.
Rozegrało się to w mieście, które kojarzy nam się z niezapomnianymi spotkaniami bł. Jana Pawła II z młodzieżą. Już chciałoby się zapytać – co Papież powiedziałby dziś tym młodym ludziom? Można jednak domyślać się, że pierwsze pytanie zadałby nam – ich wychowawcom: czy zrobiliście wszystko, aby przekazać im to, co ja starałem się wam przekazać?
Przed dwudziestu pięciu laty, w czasie trzeciej pielgrzymki do Polski Jan Paweł II jak zwykle był w Krakowie. Nie zabrakło spotkania w oknie na Franciszkańskiej 3, tej – jak to wtedy powiedział – „witrynie”. Mówił wówczas:
Bardzo wielkim niebezpieczeństwem, o którym słyszę — nie wiem, czy tak jest — jest to, że ludzie się jak gdyby mniej miłują w Polsce, że coraz bardziej dochodzą do głosu egoizmy, przeciwieństwa. Ludzie się nie znoszą, ludzie się zwalczają. To jest zły posiew. To nie jest Eucharystia, to nie jest od Chrystusa. I to trzeba przeobrazić.
W czasie tej samej gawędy, spontanicznej, bez kartki wyznał jak bardzo pociągało go w Ewangelii to, że nie ma tam żadnych tanich obietnic: Mnie to bardzo przekonywało, ponieważ normalnie ludzie starają się pociągać innych obietnicami. Obietnicami, karierą, korzyściami: co ci z tego przyjdzie, będziesz miał z tego to a to, a tamto...”
Oto przykład dojrzałego, trzeźwego i krytycznego myślenia. Owoc wysiłku rodziców, szkoły, środowiska i samego zainteresowanego, który – co tu dużo mówić – zrobił największą międzynarodową karierę ze wszystkich Polaków. Podobno Jerzy Kluger na wiadomość o tym, że jego szkolny kolega  został arcybiskupem Krakowa powiedział: „To mnie nie dziwi. Gdyby nie został księdzem, mógłby spokojnie być prezesem General Motors”. 
Znana anegdota mówi, że Jan Paweł II zapytał Pana Boga, czy będzie jeszcze papież z Polski. Nie za mojego życia – odpowiedział Pan Bóg. Bo dziś rzeczywiście nie to jest najważniejsze, chodzi raczej o to, by jego rodacy potrafili na innych obszarach dokonywać tak wspaniałych rzeczy jak on. Wiele w tym zależy od edukacji i jak widać nie jest to łatwe pole do zagospodarowania. Nadzieję jednak budzi fakt, że Polacy najlepiej działają w trudnych sytuacjach – podobnie jak ich rodak na Stolicy Piotrowej. Uświadomienie sobie wyzwań, które stoją przed wychowawcami to pierwszy krok do podjęcia pracy, którą mamy do wykonania z naszymi dziećmi. Pierwszy dzwonek rozpoczynającego się roku szkolnego przeznaczony jest nie tylko dla nich.
 
 
(Paweł Zuchniewicz jest koordynatorem współpracy z rodzicami w szkole „Żagle” Stowarzyszenia Sternik. Andrzej Nagórko uczy tam matematyki i informatyki, natomiast Barbara Strycharczyk pracuje w prowadzonej przez Stowarzyszenie szkole „Strumienie”)
Nr 35 (82)/2012 27.VIII-2.IX. 2012
Szóstego lutego mija kolejna rocznica (1949) ingresu Prymasa Stefana Wyszyńskiego na stolicę arcybiskupią w Warszawie. Pierwszy okres jego rządów zakończył się raptownie niespełna pięć lat później, w nocy z 25 na 26 września 1953, gdy został aresztowany przez UB. "Ogród zwany Polską" to artykuł poświęcony Prymasowi Tysiąclecia, a opublikowany w "Uważam Rze" z 24 września 2012.
 
"Poszedłem na górę i zaraz udałem się na spoczynek.
Bodaj w pół godziny później usłyszałem kroki skierowane do mego mieszkania. Przyszedł ksiądz Goździewicz. Melduje, że jacyś panowie przyszli z listem od ministra Bidy do biskupa Baraniaka i proszą o otwarcie bramy. Wyraziłem zdziwienie: "O tej porze? Zresztą - dodałem - proszę im powiedzieć, że wszelkie listy od ministra Bidy są przekazywane do sekretarza Episkopatu, biskupa Choromańskiego. Dziwi mnie ta wizyta, bo minister Bida dobrze wie, do kogo należy kierować listy". Tknięty przeczuciem, wstałem i ubrałem się."
Niespełna sześćdziesiąt lat temu, w piątkowy wieczór 25 września 1953 roku rozpoczęła się więzienna gehenna Prymasa Polski, kardynała Stefana Wyszyńskiego. Nocą wywieziono go na północ – do Rywałdu koło Grudziądza. Niespełna trzy tygodnie później został przeniesiony do Stoczka, nieopodal  Lidzbarka Warmińskiego.
Dziś patrzymy na to wydarzenie z perspektywy historii, wiedząc jak się zakończyło i jakie były dalsze losy Prymasa oraz Kościoła w Polsce. Kiedy jednak przeniesiemy się myślą do tamtych dni, wyobrazimy sobie kardynała Wyszyńskiego wyrwanego z łóżka, zabranego z własnego domu przez „panów w ceratach” (jak nazywał ubeków), to ujrzymy człowieka, który poniósł klęskę. Biskupi nie stanęli w jego obronie, on sam nie wiedział, co go czeka – proces pokazowy czy wywiezienie do Rosji. Spodziewać się mógł wszystkiego, bo władza ludowa nie liczyła się z nikim i z niczym.
A jednak historia potoczyła się inaczej. Trzy lata później kardynał Wyszyński został zwolniony, w 1957 roku rozpoczął Wielką Nowennę, w 1966 roku Tysiąclecie Chrztu okazało się tryumfem wiary w komunistycznym państwie, a 25 lat po uwięzieniu Prymasa Papieżem został Polak, krakowski kardynał Karol Wojtyła, który przyjął imię Jana Pawła II. Jego to w 1979 roku gościł kardynał Wyszyński w tym samym domu, z którego zabrano go niegdyś w nieznane.
W ciągu prawie trzydziestu trzech lat pasterzowania Prymas doznawał wielu porażek, nierzadko klęsk, przeżywał też niezwykłe zwycięstwa. Życie przyzwyczaiło go, by niczemu się nie dziwił i by potrafił odnaleźć się w każdej sytuacji. 
Czy potrafiłby się odnaleźć też w Polsce Anno Domini 2012? 
 
Perspektywa dłuższa niż kadencja
 
Niedawno w Rywałdzie odbyły się uroczystości czterdziestolecia koronacji figury Matki Bożej. 3 września 1972 roku kardynał Wyszyński dokonał tego aktu – jak sam wyznał – z „motywem wdzięczności” za opiekę, której doznał od Maryi w okresie przymusowego pobytu w tym miejscu.
Moglibyśmy postawić pytanie, ile ludzi za lat 50 przybędzie do Rywałdu na uroczystość Narodzenia Najświętszej Maryi Panny? – mówił podczas uroczystości. – Czy te łąki zakwitną jak dzisiaj twarzami rozmodlonych ludzi i barwami ich ubrań? Czy wasze córki zdolne będą do takich ofiar i poświęceń jak wy, matki? Czy wasi synowie będą tak wytrwali w pracy na roli jak wy, ojcowie? Czy nie zniszczą, nie zmarnują waszego trudu, jaki włożyliście w ziemię ojczystą? 
Pierwszym zadaniem człowieka, który bierze odpowiedzialność za innych jest patrzenie w przyszłość, perspektywa przynajmniej jednego pokolenia, które będzie rosnąć, dojrzewać, by następnie tę odpowiedzialność przejąć. Słowa Prymasa o przyszłości za pół wieku nie były figurą retoryczną, gładkim frazesem, lecz dalekosiężnym spojrzeniem i … proroctwem.
Można i trzeba sobie to pytanie stawiać – kontynuował. – Trzeba się wspólnie zastanawiać nad losem naszego narodu. Jakże dzisiaj często, niestety, milkną kołyski, nie płaczą niemowlęta, nie ma radości w rodzinach, zamyka się szkoły – gdyż brak jest dzieci. 
Czyniąc z Prymasa Wyszyńskiego symbol walki z komunizmem niechcący robimy mu krzywdę, ponieważ sprowadzamy jego rolę do pewnego okresu historycznego. Tymczasem on nie walczył „z” czymś, lecz „o coś” i dlatego jego przesłanie pozostaje wciąż aktualne. Zatrważająco aktualne, ponieważ słowa sprzed czterech dekad spełniają się co do joty. Zamykane szkoły? Brak dzieci? Wystarczy zajrzeć do statystyk. Są to wyzwania realne i ponad ustrojowe. Największym problemem jest jednak to, że brakuje dzisiaj takiego dalekosiężnego spojrzenia w przyszłość. O myśleniu kadencyjnym polityków napisano już bardzo dużo. Górę bierze pozyskiwanie sobie wyborców, nawet kosztem poświęcenia spraw fundamentalnych dla trwania i rozwoju kraju. Rzadko przypomina się słowa Jana Pawła II z polskiego parlamentu: demokracja pozbawiona wartości staje się zakamuflowanym totalitaryzmem. Inaczej mówiąc: jeśli zaczyna się naginać zasady do bieżących potrzeb, to gwałcona jest sprawiedliwość i szerzy się ludzka krzywda. Górę biorą egoizmy silniejszych, którzy stają się przyczyną cierpienia słabszych.
Prymas Wyszyński zwykł przypominać, że naród to rodzina rodzin – wydaje się, że dziś postawa pewnej grupy rodziców i nauczycieli wobec dzieci przypomina postawę elity władzy wobec społeczeństwa. Słynne bezstresowe wychowanie, odchodzenie od jasnych, wymagających zasad, spełnianie zachcianek dzieci owocuje pokoleniem ludzi niedojrzałych, samotnych konsumentów dóbr, niezdolnych do stworzenia zdrowej, bogatej w dzieci rodziny, która stałaby się szkołą cnót społecznych. 
Więcej jest zgonów aniżeli narodzin – mówił Prymas przed czterdziestu laty. –  Jeżeli tak nadal będziemy postępowali, to prawdopodobnie za lat 50 ten plac będzie pusty. A cóż warta jest ziemia, co znaczy ojczyzna i naród bez ludzi? 
 
Wychowawca narodu i sekretarz partii
 
Burzliwa jesień 1956 roku zakończona przejęciem władzy przez Władysława Gomułkę i wypuszczeniem kardynała Wyszyńskiego z odosobnienia w pewien sposób związała te dwie osoby. Szczególnie za granicą postrzegano ich jako twarze odwilży, co zresztą zauważał sam Prymas w jednej z rozmów z tow. Wiesławem:
- Przeglądając prasę zagraniczną czy przebywając na Zachodzie, zauważyłem, że bardzo nas tam łączą. Może to nie jest dla pana najprzyjemniejsze, ale mnie to za wiele nie przejmuje.
- Mnie też to nie przejmuje – odparł Gomułka.
Rozmowa ta miała miejsce 11 stycznia 1960 roku i była jedną z pięciu, które odbyli. Niezwykle ciekawy jest jej zapis (była nagrywana, zresztą za wiedzą Prymasa), ponieważ pokazuje dwóch ludzi, którzy sprawują władzę, choć na dwa różne sposoby.
– To, co się wydarzyło przed trzema laty, jest bardzo silnie związane – przede wszystkim na Zachodzie – z pana nazwiskiem – zwraca się Prymas do Gomułki, nawiązując do Października. – Wydaje mi się, że tak jest dobrze. Oczywiście to ogromnie potęguje odpowiedzialność. Nie mam zamiaru o tym mówić, bo pan ją zna i czuje ją pan na sobie. Wiemy, że sytuacja Polski byłaby o wiele trudniejsza i groźniejsza, gdyby pan mniej ją kochał.
Charakterystyczna jest swoista pedagogia Prymasa. Nie wychodzi on od tego, co dzieli, ale od tego co łączy. Jednocześnie zwraca uwagę, że władza łączy się ściśle z odpowiedzialnością. Z jego ust padają słowa o miłości Ojczyzny. Może to wydawać się naiwnością, ale tak nie jest. Kardynał Wyszyński po prostu pokazuje rozmówcy zasadę, którą winien kierować się każdy rządzący. Nie ocenia Gomułki z perspektywy bieżących konfliktów, lecz odnosi się do fundamentu, mało tego, wskazuje możliwość spotkania właśnie na jego gruncie:
– My też ją kochamy i podzielamy pana troski. Cóż, Polacy są niezwykle trudnym narodem, bardzo zindywidualizowanym, mało wyrobionym społecznie i dlatego kierowanie nim jest niesłychanie trudne. Sam tego doświadczam.
Oto Prymas dzieli się swoim osobistym doświadczeniem rządzenia z pierwszym sekretarzem PZPR. Zupełnie, jakby chciał mu udzielić pewnej rady. (Ta postawa kardynała Wyszyńskiego przywodzi na myśl okres późniejszy, za rządów Gierka. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych Wyszyński bardzo się martwił narastającym rozkładem w partii, do której ludzie zapisywali się po to, by czerpać z tego materialne korzyści. Mówił, że PZPR powinna dbać o poziom moralny i podnosić go, bo ponosi odpowiedzialność za rządzenie krajem.) 
– Do każdego zarządzenia muszę dać porządną podbudowę, muszę wyjaśnić, dlaczego to jest ważne – mówi Wyszyński Gomułce. – Jeśli nie przekonam, to zarządzenie – nawet takie czysto wewnętrzne, kościelne – pozostaje niewykonane. Taka jest właściwość tego silnego indywidualizmu narodu, który przez półtora wieku żył w niewoli i opór uznaje za największą cnotę.
Może budzić zdziwienie ta trudność Prymasa, który posiadał w tym czasie niesłychany autorytet umocniony jego trzyletnim więzieniem. Ale jeszcze większe zdziwienie budzi pokora tego człowieka, który doskonale zna człowieka i z realizmem go akceptuje. Tu widać podstawową różnicę między Wyszyńskim a jego rozmówcą. Wyszyński zna powierzonych sobie ludzi, szanuje ich i traktuje podmiotowo. Zdaje sobie sprawę, że nie wystarczy powiedzieć „tak ma być” i już. Natomiast towarzysz Wiesław po prostu wie, co jest słuszne i oczekuje, że każdy (włącznie z jego rozmówcą) ślepo się temu podporządkuje. Odpowiada Wyszyńskiemu: 
- Dziś decyduje się, czy ten świat będzie dalej istniał, czy też cofnie się o kilka lub kilkanaście wieków wstecz. Decyduje się dzisiaj problem pokoju czy wojny. To jest pytanie dla Polski. My dzisiaj jesteśmy w bardzo wygodnej sytuacji geopolitycznej. Ani dziś, ani jutro nie ma i nie będzie dla Polski innej możliwości rozwoju, zdobywania sobie określonej, należnej pozycji wśród narodów świata niż tylko kroczenie tą drogą, którą wskazuje nasza partia. I kto kocha Polskę, kocha ten naród, chce dla niego lepszej przyszłości, ten powinien nam pomóc, powinien pomóc państwu ludowemu, powinien zająć pozycję aktywnego poparcia generalnej polityki państwa ludowego.
Z perspektywy historii widzimy, że Prymas był dla Polaków jak dobry, wymagający ojciec, który zna swoje dzieci i pomaga im być lepszymi. A Gomułka? Jak bardzo się mylił! I przez kolejne dziesięć lat rządów coraz bardziej w tej pomyłce się utwierdzał. Równolegle rosła jego nienawiść do kardynała Wyszyńskiego. Zaowocowała agresywnymi, obraźliwymi wystąpieniami pod jego adresem i szykanami włącznie z aresztowaniem pielgrzymującej po Polsce kopii Obrazu Jasnogórskiego. Ta postawa zaślepienia rozwijała się i narastała, aby swój tragiczny owoc znaleźć w tragedii Grudnia 1970 roku.
Czasy się zmieniły, ale nadal są ludzie, którzy ponoszą odpowiedzialność za innych ludzi. I nadal widzimy jak bardzo różnie ta odpowiedzialność jest podejmowana. „Nie widzieć, nie słyszeć, nie rozmawiać” – takie streszczenie polityki MEN mieli na koszulkach uczestnicy akcji „Ratujmy maluchy”, gdy wnosili do Sejmu pudła z podpisami 350 tys. Polaków. Ale to hasło wydaje się być aktualne w bardzo wielu obszarach naszej codzienności – w polityce, w środowiskach pracy, w wychowaniu młodego pokolenia. Mamy nadmiar „sekretarzy” i deficyt „ojców – wychowawców”, którzy by powierzonych sobie ludzi znali, szanowali i wymagali od nich wymagając najpierw od siebie. 
 
Szkoła solidarności
 
Jesienią 1967 roku w Rzymie miał odbyć się synod biskupów, na który wybierali się także dwaj kardynałowie z Polski. Jednym z nich był Prymas Wyszyński, a drugim świeżo wyniesiony do godności kardynalskiej, arcybiskup krakowski Karol Wojtyła. Wojtyła dostał paszport, zaś Prymasa do ostatniej chwili zwodzono, by ostatecznie odmówić mu prawa do wyjazdu. Abp Krakowa przeprosił papieża i został w Polsce. W ten sposób okazał solidarność z Wyszyńskim. Paweł VI przyjął ten gest ze zrozumieniem i wyraził publicznie swój smutek z powodu decyzji władz. Komunistom po raz kolejny nie udało się wbić klina między dwóch czołowych przedstawicieli Kościoła w Polsce.
Historia ta w jakiś sposób przypomina to, co zostało zilustrowane w znanym filmie „Mgła". Opowiada on, głosami pracowników kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, o katastrofie smoleńskiej i poprzedzających ją miesiącach. Słyszymy o staraniach prezydenta, który chce polecieć do Katynia z okazji 70. rocznicy mordu katyńskiego i dowiadujemy się o zaproszeniu premiera Putina skierowanym do premiera Tuska. Po różnych zawirowaniach sprawy się jakby prostują, pracownicy kancelarii są przekonani, że premier i prezydent pojawią się w Katyniu tego samego dnia. Tymczasem później okazuje się, że będą dwie różne wizyty.
Czy w tym kontekście nie warto zastanowić się nad słowem solidarność, które rozsławiło imię Polski na świecie u kresu rządów Prymasa i u początków pontyfikatu Jana Pawła II? Oni w praktyczny sposób potrafili uczyć, co to oznacza. 
Komuniści niezwykle konsekwentnie stosowali zasadę „dziel i rządź”, m.in. w ten sposób, że już w czasach Soboru, w niektórych diecezjach wydawali paszporty biskupom pomocniczym a nie wydawali ordynariuszom sugerując, że jednych uznają za dobrych a drugich za złych. Wyszyński wydał wtedy zarządzenie, że biskupi pomocniczy nie mogą jechać, jeśli ordynariuszowi odmawia się paszportu. W ten sposób w zarodku zdusił niebezpieczeństwo tworzenia podziałów w Episkopacie. Wojtyła pamiętał o tej lekcji i postąpił w podobny sposób. A mógł pomyśleć: przecież moim obowiązkiem jest być w Rzymie, ważniejsze jest zaproszenie Papieża, niż solidarność z Prymasem, to nie moja wina, że odmówiono mu paszportu. On jednak zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, jak ważna jest jedność, której inne imię brzmi solidarność. 
Kiedy spojrzymy na powojenną historię Polski, na kolejne daty „kryzysów” i „wydarzeń” (1956, 1968, 1970, 1976), to zobaczymy dojrzewanie tego, co zaowocowało w roku 1980. Solidarność przez duże „S” oznaczała zjednoczenie ludzi różnego pochodzenia, różnych formacji, różnych grup społecznych. Z tej „Solidarności” wywodzi się bardzo wiele osób, którzy do dziś są obecni w przestrzeni publicznej. Natomiast rzadko mówi się o jej duchowych ojcach – Prymasie Wyszyńskim i Janie Pawle II, ludziach niezwykle różnych, potencjalnych konkurentach w rządzeniu polskim Kościołem, a w rzeczywistości wiernych zarówno swej misji jak i przyjaźni, którą tak wspaniale streszcza wydarzenie  w dniu inauguracji pontyfikatu: Prymas całuje w rękę Papieża, a ten chwyta rękę starego kardynała i składa na niej swój pocałunek. Ten ich akt pokory jest w naszych oczach obrazem wielkości, za którą tęsknimy. 
 
Ogród o nazwie Polska
 
Wszędzie pełno zaniedbań i śmieci. Na drzewach owocowych brak wszelkich śladów owoców. Duże sadzawki rybne - pełne śmieci i błota. Cały parkan jest otoczony od zewnątrz latarniami; festony drutów, kabli przewodników zwisają zewsząd.
Są to obserwacje Prymasa Wyszyńskiego z pierwszego dnia pobytu w Stoczku Warmińskim, gdzie przewieziono go z Rywałdu. Poczynił je 13 października 1953 roku. Dwadzieścia pięć lat i jeden dzień później wszedł na konklawe, które wybrało Jana Pawła II. 
Dziś to miejsce jest z pietyzmem odrestaurowanym ogrodem barokowym, który otrzymał srebrny medal Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Pewnym symbolem staje się fakt, że Prymas spędził dużo czasu na porządkowaniu zastanego bałaganu, na co jego strażnicy patrzyli ze zdziwieniem. Kardynał notował, że prowizoryczne narzędzia, które ze współwięźniem składował w schowku, były używane także przez „opiekunów” i porzucane byle gdzie, także trzeba było ich szukać przed rozpoczęciem pracy. Złośliwość? Niechlujność? Brak elementarnej kultury? Może każda z tych rzeczy oddzielnie, a może wszystkie razem. On się tym nie przejmował. Robił swoje. I choć ostatecznie ogród odnowił ktoś po nim, to więzień, któremu odmówiono elementarnych praw położył pod tę przyszłą pracę solidne fundamenty.

(25.04.2011)

Zazwyczaj w ten dzień i o tej godzinie był gdzie indziej. Dziś jednak, pierwszy raz od dwudziestu sześciu lat, nie pójdzie do Koloseum i nie będzie tam robił zdjęć Papieżowi.

Arturo Mari wszedł do kaplicy. Uderzył go widok dużego ekranu umieszczonego pod ołtarzem. Jan Paweł II siedział naprzeciwko w fotelu. Na oparciu klęcznika książeczka z tekstami tegorocznej Via Crucis. Na prośbę Ojca Świętego napisał je kardynał Joseph Ratiznger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary.

Na ekranie ukazało się Koloseum. Czerń nieba kontrastowała z podświetlonymi murami starożytnego cyrku otoczonego przez rzesze rzymian.