Uczniowie w tej szkole nie mogą mieć telefonów komórkowych (młodsi) lub ich używać będąc na terenie placówki (starsi). Od szóstej klasy (12 lat) mają obowiązkową łacinę, jest też możliwość uczenia się starożytnej greki. Do szkoły „The Heights” w pobliżu Waszyngtonu uczęszczają sami chłopcy w wieku od 9-17 lat i są uczeni wyłącznie przez nauczycieli mężczyzn. Czesne wynosi 23 tys. USD rocznie. Mimo to na nowy rok szkolny 2014/2015 złożono już trzysta podań o przyjęcie – a miejsc jest 70.

Z Alvaro de  Vicente, dyrektorem amerykańskiej szkoły średniej, który niedawno gościł w Polsce, dzieląc się swoim doświadczeniem podczas zorganizowanej z okazji 10-lecia szkół Stowarzyszenia „Sternik” konferencji „Innowacje w edukacji”, rozmawia Paweł Zuchniewicz.

 

Jak to robicie, że – mimo niemałego czesnego – macie tak wielu kandydatów?

Ludzie nas sobie polecają. To główne źródło informacji. Bywają zabawne sytuacje – kiedyś dwie córki  pewnego pana poszły na zabawę z dwoma chłopakami. Jeden z nich był z naszej szkoły. Po powrocie powiedziały ojcu: „Tato, musisz zapisać naszego młodszego brata do Heights, bo chciałybyśmy, aby – gdy dorośnie – był taki jak ten gość”. Innym razem nasz absolwent poszedł do pracy u pewnego bankiera. Jego synowie uczęszczali w tym czasie do szkoły, do której on chodził w młodości. Po paru miesiącach współpracy z naszym absolwentem przepisał synów do nas, mówiąc, że woli, aby oni byli tacy jak ten chłopak niż tacy jak on, kiedy był młody. Sądzę, że na atrakcyjność „The Heights” składa się wiele czynników – staramy się po prostu przygotować ucznia do tego, by mógł dobrze funkcjonować najpierw na uczelni, którą wybierze, a potem w życiu.

Na przykład poprzez uczenie martwego języka, jakim jest łacina, albo starożytna greka? Przecież nikt się nimi dziś nie posługuje.

To prawda. Pamiętam jak sam chodziłem do szkoły średniej – jeszcze w Hiszpanii. Miałem tam nauczyciela, który gościł nauczyciela z Niemiec. Rozmawiali ze sobą po łacinie, bo innego wspólnego języka nie mieli. Podziwiałem ich, ale myślałem sobie – to jest wariactwo. Dziś uważam, że łacina jest najbardziej praktycznym językiem, jakiego uczą się nasi uczniowie. Po pierwsze dlatego, że lepiej nauczą się angielskiego. Ich słownictwo będzie znacznie bogatsze. Po drugie ten język uczy dyscypliny. Rozwija też myślenie analityczne i rozumowanie, co będzie w przyszłości bardzo użyteczne bez względu na to,  jaki zawód będzie wykonywał nasz absolwent. Myślę, że dzisiaj człowiek mówiąc o rzeczach „praktycznych” ma raczej na myśli to, co ma natychmiastowe zastosowanie. Natomiast zapomina się, że praktyczne jest także budowanie solidnych fundamentów pod to, co będziemy rozwijać w przyszłości.

Kultura „natychmiastowego zastosowania”, posiadania sprawnych narzędzi do rozwiązywania bieżących problemów jest dziś bardzo silnie zakorzeniona, szczególnie wśród młodzieży. Czy oni nie protestują przeciwko takiemu stylowi nauczania, jaki macie w „The Heights”?

Kilka lat temu postanowiliśmy w najstarszych klasach wprowadzić obowiązkowy kurs zatytułowany „Historia Myśli Zachodniej”. Wielu z naszych absolwentów szło na uniwersytety i wiedzieliśmy, że będą mieli tam zajęcia z filozofii, z historii cywilizacji. Na każdym z tych uniwersytetów przedmioty te są uczone pod określonym kątem, z pewnego punktu widzenia. Dlatego stwierdziliśmy, że byłoby czymś bardzo dobrym zetknąć ich wcześniej z historią myśli zachodniej. To coś takiego jak spojrzeć na swoje drzewo genealogiczne i zobaczyć, kim był mój prapradziadek, jaki był jego wkład w życie następnych pokoleń. Wszyscy uczniowie z tego poziomu podpisali petycję prosząc nas, aby nie było tych zajęć. Niektórzy przedstawiali naprawdę dobre powody, dla których nie chcieli wziąć tego kursu lecz inny, który będzie dla nich bardziej użyteczny. Przyjęliśmy tę petycję i odpowiedzieliśmy, że prosimy, aby zaufali naszej decyzji. Po półtora miesiącu od rozpoczęcia roku szkolnego ponad połowa uczniów określała ten kurs jako swój ulubiony. Na koniec roku uczniowie polecali ten właśnie kurs młodszym rocznikom.

Było to dla mnie bardzo odkrywcze doświadczenie. Na początku: pozornie mieliśmy do czynienia z odrzuceniem takiego „niepraktycznego” przedmiotu. Ale, gdy się z nim zetknęli, to się w nim zakochali.  Teraz od wielu naszych absolwentów słyszę, że ten kurs najlepiej przygotował ich do wyższej uczelni. Nie tylko ze względu na zawartość, ale także z powodu rozmów, które przy  tej okazji odbywali, rozumowania, które odkrywali, rozszerzenia ich horyzontów umysłowych i pogłębienia myśli.

Chce pan powiedzieć, że tzw. edukacja klasyczna (ang. „liberal education”) ma szansę w dzisiejszym stechnicyzowanym świecie?

Mój dawny wykładowca historii opowiadał mi o swoim studencie, który właśnie miał rozmowę kwalifikacyjną w dużej firmie konsultingowej w Nowym Jorku. Było jedno stanowisko do obsadzenia i czterdziestu chętnych kandydatów.  Wśród nich tylko on skończył historię, pozostali mieli wykształcenie w zakresie finansów. Wcześniej zwierzał się profesorowi, że nie ma zielonego pojęcia o rachunkowości. I to on dostał to stanowisko. Od swoich pracodawców usłyszał: nie martw się o to, my cię przeszkolimy. Ale potrzebujemy kogoś, kto potrafi formułować myśli na piśmie. Pamiętam jednego z naszych uczniów, którzy poszli na Princeton. Jakiś czas potem dowiedziałem się, że jego wykładowca uważa go za najlepszego studenta ponieważ potrafi prawidłowo pisać, wypowiadać się i – co najważniejsze – myśleć.

Dobrze, ale jeśli chcę np.  studiować medycynę, to przecież muszę dobrze poznać np. biologię i inne przedmioty, które są związane z przyszłym kierunkiem moich studiów. Jeśli zatem poświęcam czas na takie przedmioty jak historia myśli zachodniej, to czy będę miał wystarczająco dużo czasu, aby uczyć się tego, co jest ważne dla mojego przyszłego zawodu i dać sobie radę na uczelni?

Uczniowie, którzy mają głowę i talent do nauk empirycznych lub do matematyki mają te przedmioty w ramach programu edukacji klasycznej. I wychodzą z naszej szkoły bardzo dobrze przygotowani do studiów medycznych, inżynierskich lub biznesowych. Ale również ci uczniowie mają kursy w rodzaju historii myśli zachodniej, literatury, teologii, filozofii. Proponowany przez nas program jest bardzo zrównoważony. On nie ogranicza, nie zawęża.  Boję się edukacji wąsko wyspecjalizowanej na etapie szkoły średniej. To zbyt wczesny okres w rozwoju ucznia. Z pewnością na uniwersytecie, szczególnie przy końcu i po jego ukończeniu należy się specjalizować. Ale myślę, że na poziomie szkoły średniej jest to niedźwiedzia przysługa dla ucznia. W dzisiejszych czasach rynek pracy jest tak dynamiczny, że niektóre zawody znikają lub stają się mało atrakcyjne w momencie, gdy absolwent opuszcza uczelnię. Dlatego potrzeba przygotowania otwartego,  a nie zamykającego. W Stanach Zjednoczonych człowiek do czterdziestego roku życia kilkakrotnie zmienia zawód – podkreślam nie pracę, lecz zawód. Ktoś wąsko wyspecjalizowany jest w związku z tym mało konkurencyjny na rynku.

Określenie „liberal education” pochodzi od słowa „liberty” czyli wolność. Czy chodzi tu właśnie o taką wolność – wyboru zawodu, poruszania się na rynku pracy?

Tak, ale nie tylko. Chodzi przed wszystkim o wolność wewnętrzną. My jesteśmy bardzo wolni zewnętrznie. Młody człowiek ma w zasięgu ręki potężne narzędzia, które dają mu wielkie możliwości. Ale zarazem brak mu tej wolności, dzięki której potrafi dokonywać właściwych wyborów, szukać tego, co jest dobre, opowiadać się za tym, co jest prawdziwe. Edukacja klasyczna tworzy pewien kontekst dla młodego umysłu, który może zrozumieć, że jest coś większego niż jego wygoda, że w życiu jest na przykład potrzebna cierpliwość. Więc jeśli młody człowiek w wieku 14-15 lat będzie kuszony myślą, że być wolnym oznacza mieć samochód i jechać tam, gdzie się chce, to może łatwiej przekonać się, że tak naprawdę nie daje to wiele, że jest to coś ważnego, ale nie najważniejszego, że więcej wolności można zdobyć studiując historię i poznając przykłady bohaterskich zachowań.

Trudno wyobrazić sobie nastolatka, któremu bardziej odpowiadałaby książka historyczna niż szybka jazda samochodem …

Tak, lecz jeśli uczniowie w naszej szkole w ramach lekcji historii przygotowują uzbrojenie i umundurowanie legionów rzymskich, a potem odtwarzają bitwę pod Filippi, to sytuacja się zmienia. Oni czegoś realnie doświadczają i stają się bardziej otwarci na to, co wydarzyło się kiedyś. Łącząc edukację klasyczną ze specyficznymi potrzebami chłopców stwarzamy większe możliwości dotarcia do nich. Można wtedy lepiej odpowiadać na ich tęsknotę za prawidłowo pojętą męskością przez co rozumiem odpowiedzialność za siebie i za innych, kompetencję zawodową i ludzką. Lubimy mówić, że w naszej szkole uczą się „men fully alive” – czyli „mężczyźni pełni życia”, które objawia się na różnych obszarach. Oprócz wymiaru intelektualnego, o którym mówiliśmy niesłychanie ważny jest oczywiście sport (w Ameryce to naturalne), ale także sztuki graficzne i muzyka (piękno). Nasi chłopcy nagrali nawet płyty z chorałami gregoriańskimi.

Jakie są losy waszych absolwentów?

98 proc idzie na wyższe uczelnie. Około 1/3 na uniwersytety katolickie jak Notre Dame, 1/3 na stanowe, a 1/3 na uczelnie prywatne  typu Princeton, Yale, Harvard.

A w życiu prywatnym?

Tu trzeba by opisać konkretne przypadki, a jest ich teraz około tysiąca. Jeśli jednak mówić o jakiejś prawidłowości, to nasi uczniowie raczej wcześniej niż ich rówieśnicy rozpoczynają karierę zawodową i stabilizują swoje życie. W Stanach coraz silniej widać niechęć młodych ludzi do podejmowania wyborów na całe życie, jeszcze w wieku 30-35 lat nie mają rodzin, nie łączą ich trwałe więzi. Wielu naszych uczniów podejmuje te wybory wcześniej. Jakiś czas temu byłem na weselu jednego z nich. W Ameryce picie alkoholu jest dozwolone od 21 roku życia i on... nie mógł wypić szampana.

Paweł Zuchniewicz

Artykuł „wSieci” 10-16 marca 2014

Jest zimny i lekko deszczowy wrześniowy poranek. Na skraju Mazowieckiego Parku Krajobrazowego w Międzylesiu roi się od rowerzystów. Dorośli to sami mężczyźni – ojcowie, którzy przyprowadzili tu swoje dzieci. Za chwilę wezmą udział w rajdzie „Ojcowie na start”, który już po raz drugi organizuje szkoła „Żagle” prowadzona przez Stowarzyszenie Sternik.  Nie jest to szkoła żeglarska, lecz zwykła (a może trochę niezwykła) szkoła podstawowa, gimnazjum i liceum. Zwykła – ponieważ realizuje program edukacyjny jaki jest w tysiącach innych polskich szkół. Niezwykła – gdyż uczą się tu sami chłopcy w liczbie ponad 400. A także dlatego, że tutaj „gra się na ojca”.

Wśród ponad dwustu uczestników wyścigu jest Andrzej Kobyliński z synem Jackiem (pierwsza klasa szkoły podstawowej). Jacek nieustannie bawi się przerzutką, tata zwraca mu uwagę, że nie powinien tego robić, ale pokusa jest zbyt silna. W końcu łańcuch spada – niemal dokładnie w chwili, gdy rozlega się sygnał do startu. Dla Andrzeja i Jacka wyścig zaczyna się od zmagań z łańcuchem, a potem … wspólnie pokonują ścieżki Parku Krajobrazowego, przebijają się przez piasek, omijają korzenie. W końcu docierają do mety.

– Niby z niego niejadek, ale tak zgłodniał, że pochłonął grilla, był zmęczony, ale potem jeszcze chciał grać w piłkę z chłopakami – mówi pan Andrzej – Jak wróciliśmy, to był taki zadowolony, że ciągle dziękował.

– Nie obyło się bez emocji – dodaje Michał Kaliński, ojciec Grzegorza (trzecia klasa szkoły podstawowej). – Zostaliśmy wyprzedzeni przez kilku zawodników. Podjeżdżając pod piaszczystą górę zeszli z rowerów. Wtedy mój syn zadecydował, że my spróbujemy pokonać wzniesienie na rowerach – odpowiednia zmiana biegów, trochę wysiłku i ponownie wyszliśmy na prowadzenie, którego już nie oddaliśmy.  Świetnie to Grześ zaplanował i byłem z niego bardzo dumny.

Niestety, w skali kraju niewielu synów słyszy od ojców „Jestem z ciebie dumny”. Skutki widać gołym okiem.

 

Najważniejsze pytanie w życiu mężczyzny

Dwa tygodnie przed wyścigiem „Newsweeka” tematem numeru uczynił słabość polskiego mężczyzny. Okładka przedstawiała nagiego faceta skulonego pod wysokim obcasem. „Co z tą polską męskością?” wołał tytuł.   Kilka miesięcy wcześniej „W Sieci” czytamy: „Poważnych ofert brak. Coraz więcej kobiet decyduje się na samotne życie”.  Na łamach prasy coraz częściej pojawia się temat  rozczarowania kondycją mężczyzny, jego kompleksów, nawet uleganiu przemocy ze strony kobiety. Padają różne diagnozy przyczyn takiego stanu rzeczy. Jednak chyba najtrafniejszą dał o. Maksymilian Stępień, dominikanin w Gościu Niedzielnym:  „Od kilkunastu lat z uporem maniaka zadaję ludziom jedno pytanie: W czym chcesz być podobny do swojego ojca? I proszę mi wierzyć, że w 99 procentach słyszę: W niczym” .

„Każdego chłopca w czasie wędrówki do męskości trafia strzała w sam środek serca, tam gdzie jest jego siła – twierdzi John Eldredge w książce ‘Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy’. – Ponieważ rzadko się mówi o tej ranie, a jeszcze rzadziej ją leczy, każdy mężczyzna ją nosi. A ranę tę prawie zawsze zadał mu jego własny ojciec”.

Eldredge wspomina jak poszedł z synami wspinać się na skałki. W pewnym momencie chłopak natrafił na przeszkodę, której nie mógł pokonać. Bał się coraz bardziej, w końcu ojciec zaproponował mu inną skałkę. Ale on chciał zmierzyć się z tym wyzwaniem, któremu nie mógł sprostać. Z pomocą taty udało się. Potem poszedł jak burza. Ojciec pochwalił go: „Jesteś naprawdę ostry”.  Potem zajął się drugim synem.

            „Minęło dziesięć, może piętnaście minut i o wszystkim zapomniałem – pisze Eldredge. – Ale nie Sam. Kiedy ja trenowałem jego brata, on przestępując z nogi na nogę, zapytał cicho: Tato… naprawdę uważasz, że tam na górze byłem ostry? Jeśli przegapisz taką chwilę, stracisz serce chłopaka na zawsze. To nie było jakieś tam pytanie – to było to pytanie, to, które każdy chłopak i mężczyzna pragnie zadać. Czy mi niczego nie brakuje? Czy jestem silny?”.

            – Ja to pytanie zacząłem sobie zadawać dosyć późno – mówi aktor Radek Pazura. Pazura wystąpił w debacie, która odbyła się w czasie pikniku rodzinnego po wyścigu „Ojcowie na start”. –  To było kluczowe, żeby zobaczyć kim jestem naprawdę, czy mam siłę, która pozwoli mi  przetrwać i być prawdziwym ojcem.

– Mnie znalezienie odpowiedzi na to pytanie zajęło dużo czasu – dodaje Redbad Klijnstra, aktor i reżyser, drugi uczestnik debaty. – W wieku około 24 lat miałem jeszcze siłę młodości. Potem coś z nią zaczęło szwankować i po jakichś dziesięciu latach uświadomiłem sobie, że moją męską siłę jestem zmuszony pobrać od ojca.

Na trop wpadł czytając książkę „Męskość” Steve’a Biddulpha. Znalazł w niej radę, aby pod jakimkolwiek pretekstem przebywać z ojcem przez przynajmniej 3 dni.

– Mogło to być np. wspólne malowanie mieszkania, albo jakaś wyprawa – mówi. – Poprosiłem go, żeby mnie zabrał do Fryzji i pokazał jego rodzinne strony. Należało doprowadzić do takiej sytuacji, w której powie, że mnie kocha. Któregoś wieczoru byłem już tak zmęczony czekaniem, że wprost się spytałem: „No, powiedz, czy ty mnie kochasz?” „Jasne, że cię kocham!” – odpowiedział. I od tego momentu zacząłem czuć męską siłę.

– Nie pamiętam momentu, kiedy ojciec powiedział mi: „jesteś w porządku, masz wszystko co ci potrzebne do życia, poradzisz sobie” – mówi Sławomir Bardski, trzeci uczestnik debaty. Bardski jest zawodowym tłumaczem, nauczycielem w „Żaglach”, a prywatnie ojcem pięciu synów i dwóch córek. –  Natomiast pamiętam że, zawsze mój ojciec cieszył się z tego, co mi się udawało w życiu, wyrażał swoją dezaprobatę jak mu się coś nie podobało. Czułem jego wsparcie. I to mnie wprowadziło w dorosłe życie.

Przypuszczalnie ani mały Jacek Kobyliński, ani Grześ Kaliński za dwadzieścia lat nie będą pamiętać, że ich ojcowie byli z nich dumni po pokonaniu siedmiokilometrowej trasy po Mazowieckim Parku Krajobrazowym. Podobnie jak wielu ich rówieśników nie będzie pamiętać, że ich ojcowie patrząc na świadectwo zauważali najpierw złe oceny lub publicznie stwierdzali, że ich synowie są prymitywni jak pantofelki. Może bardziej będą pamiętać, że ojców nigdy przy nich nie było, albo wynieśli się z domu szukając szczęścia gdzie indziej. Dla chłopaka takie działanie ojca niesie zawsze jeden komunikat: „nie jesteś wystarczająco dobry, abym cię akceptował, abym z tobą był”. To jest właśnie rana, o której pisze Eldredge. 

Sposobów zadania rany jest wiele. Skutek zawsze jest ten sam. Boli. Co można zrobić? Albo zacząć leczenie, albo szukać środków przeciwbólowych. Przeważnie wybierają to drugie.

Eldredge: „Dla jednych mężczyzn zrekompensowanie sobie rany staje się ich siłą napędową (gwałtowni), drudzy zamykają się w sobie (wycofani). Z raną powstaje przesłanie – sposób życia, z którego wyrasta fałszywe ja. U źródła znajduje się głęboka niepewność. Tylu mężczyzn czuje, że ugrzęzło – są albo sparaliżowani i niezdolni do ruchu, albo niezdolni do zatrzymania się w pędzie”.

 

Wojownik

„Jechaliśmy samochodem i chłopcy rozmawiali o tym, jakie chcieliby mieć auto, kiedy przyjdzie czas na ich pierwsze cztery kółka” – wspomina Eldredge. Jeden z synów miał trzy propozycje: humvee motocykl lub czołg. Tata, zapytany o zdanie odparł: „Najlepszy byłby humvee, moglibyśmy zamontować działo na dachu”. „A ty mamo – jaki samochód chciałabyś dla mnie?” Odpowiedź była zwięzła:Bezpieczny”.

– Żyjemy w świecie,  w którym bardzo dba się o bezpieczeństwo, może to jest przejaw feminizacji naszego społeczeństwa – mówi Sławomir Bardski. – Emerytury, systemy społeczne, fotoradary.  Niby można się czuć bezpiecznie, natomiast nas mężczyzn to w jakiś sposób kastruje: nie mamy ryzyka. A przecież rolą ojca jest też świadome narażanie syna na niebezpieczeństwo, co matce nigdy nie przyjdzie do głowy.

Potrzeba sprawdzenia się jest w naturze mężczyzny. Ponieważ życie nie znosi pustki w jakiś sposób trzeba ją zaspokoić.

– W moim przypadku nie było interwencji ojca, nie było między nami głębszej relacji – mówi Radek Pazura. – Byłem w gronie chłopaków, byłem hersztem bandy, a wiedzę o męskości otrzymywałem od swoich rówieśników. Naturalnie, nie była to pełna wiedza, raczej karykatura tego, co dziś nazwałbym męskością. Stąd właśnie biorą się później niebezpieczeństwa – zetknięcie się z pornografią, niewłaściwe podejście do seksualności, rozbudzenie zmysłowości, wyobraźni  i tak dalej.

– Mam wrażenie, że energia wojownika, która zaczyna się rozwijać w mężczyźnie jest niebezpieczna, jeżeli nie będzie podłączona do czegoś większego – dodaje Klijnstra. – Ten wojownik musi walczyć o wyższe cele. Jeżeli bowiem męska energia nie pójdzie w górę, to pójdzie w dół. To jest między innymi droga w seks. Męskość zawsze szuka ujścia i lepiej żebyśmy to my nadali kierunek tej energii.

– Pamiętam jak pojechałem z czterema synami w Tatry – wspomina Bardski. – Weszliśmy na Rysy. Spotkaliśmy tam parę osób, wśród nich pewną panią, która powiedziała, że ma 56 lat i jest tu pierwszy raz.  Mój najmłodszy syn, Maks pocieszył ją: „Niech się pani nie martwi, ja mam 6 lat i też jestem pierwszy raz na Rysach”. Nieźle się uśmialiśmy, ale w drodze powrotnej do śmiechu nam nie było,  bo spotkała nas straszna burza. W pewnym momencie bałem się o życie tego małego Maksa, który nie umiał pływać, a potoki górskie mogły nas porwać do stawu. I tak ta czwórka chłopców się utwardzała, a wspólne przeżycia uświadomiły im ich męskość, bo potem nie wróciliśmy do hotelu tylko do zimnych namiotów i wilgotnych śpiworów. Wszystko skończyło się dobrze. Nikt nawet się nie rozchorował!

Oczywiście, sposoby potwierdzania wartości małego mężczyzny mogą być bardzo różne. Odwaga, wytrwałość, stałość, podejmowanie wysiłku mogą kształtować się w rozmaitych okolicznościach.

– Jest coś takiego co można określić cechami męskimi, ale dopiero jako dorosły człowiek zrozumiałem, że zawsze jesteśmy synami naszych ojców i nie dojdziemy do swojej własnej tożsamości męskiej, jeśli nie uszanujemy własnego taty i nie zaakceptujemy go  – dodaje Klijnstra. –  Jeszcze w podstawówce, w Amsterdamie miałem dwóch najlepszych kolegów. Ojciec jednego był strażakiem, a ojciec drugiego policjantem i na dodatek przywoził syna samochodem policyjnym. A mój tata – wówczas student – przywoził mnie na rowerze. Wstydziłem się go i prosiłem, żeby mnie wysadził za rogiem. Dopiero wiele lat później przypomniałem sobie, że dwa razy w życiu przeszedłem z moim tatą 40-dniowy post ścisły – pierwszy raz w wieku 13 lat. To była jedna z najwspanialszych podróży jakie z nim odbyłem. Cały ten niełatwy okres przeszliśmy  razem – on przez cały czas był ze mną. Była to też wspólna wyprawa z ojcem tyle, że duchowa. 

– Kiedy ojciec wymaga od siebie to w pewnym sensie nie musi wymagać od swoich dzieci, bo synowie będą go naśladowali – mówi Bardski.

 

            Ojciec, który nie zawodzi

Konsekwencje braku interwencji ojca są straszne – mówi Pazura. – Popełniłem bardzo wiele błędów i myślę, że gdyby nie interwencja „z góry” czyli Boga Ojca, to mogło być ze mną jeszcze gorzej. W moim przypadku to był wypadek, po którym nie powinienem żyć.

Pazura otarł się o śmierć przed dziesięciu laty i to rozpoczęło w nim wewnętrzny proces, który nazywa nawróceniem. 

– Wówczas zadałem sobie pytanie, kim naprawdę jestem, po co żyję i to dopiero spowodowało właściwą pracę nad moją męskością. Czasami działanie Pana Boga jest niezrozumiałe, czasami brutalne, wydaje się jakby On nam podstawiał nogę, ale robi to po to, by w naszym życiu coś mogło się zmienić.

Określenie „brutalne działanie” nie bardzo pasuje do potocznego obrazu Boga, którego wyobrażamy sobie jako dobrego dziadunia z długą brodą, siedzącego gdzieś tam w chmurach. Nie pasuje też do obrazu Jezusa, który uchodzi za „miłego faceta” pokornie nadstawiającego drugi policzek.

„Dla mężczyzny powiedzenie, że jest stworzony na obraz Boga jest mało zachęcające, ponieważ Bóg jest dla niego albo odległy albo słaby” – pisze Eldredge i sądząc po proporcjach obecności kobiet i mężczyzn w naszych kościołach można zgadywać, że ta diagnoza nie dotyczy tylko Stanów Zjednoczonych.

Ukuł się taki obraz Jezusa Chrystusa jako człowieka miękkiego – mówi Klijnstra – ale przecież widzimy też Jego gniew w świątyni, gdy rozpędza handlarzy. To jest właściwe dla mężczyzny jeżeli dzieje się zło, to mamy prawo wyzwolić w sobie święty gniew.

Kiedy wczytamy się w Ewangelię, zobaczymy, że nie ma bardziej męskiego mężczyzny niż Jezus. Nie tylko potrafi się rozgniewać, ale jest odważny – wychodzi na spotkanie prześladowcom, nie skarży się, oddaje życie za innych. Jest bohaterskim wojownikiem.

Eldredge zwraca uwagę, że także Jezus na początku swojej drogi usłyszał słowa potwierdzenia od Ojca. „Po tym jak został ochrzczony w Jordanie, przed bezwzględnym atakiem na jego tożsamość na pustyni, Ojciec mówi: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” czyli „Jezusie, jestem z Ciebie niezwykle dumny, masz wszystko, co potrzeba”.

Rzecz ciekawa – niewątpliwie największy Polak w naszych dziejach, bł. Jan Paweł II – został wychowany przez ojca i sam mówił o roli jaką jego tata odgrywał w jego dojrzewaniu. Jako dziecko widział go modlącego się w nocy, otrzymywał też od niego ojcowskie upomnienia. Wspominał, jak pewnego dnia ojciec zwrócił mu uwagę, że nie jest dobrym ministrantem, bo za mało modli się do Ducha Świętego i wskazał mu konkretną modlitwę. Papież mówił, że ta rozmowa z dzieciństwa legła u podstaw napisania encykliki o Duchu Świętym.

Ten wpływ ojca widoczny był w dorosłym życiu Karola Wojtyły – pogodny i zdecydowany, pełen humoru i wymagający – najpierw od siebie. Potrafił  narażać życie, ale i spotkać się oko w oko ze swoim niedoszłym zabójcą, a wreszcie zmierzyć się z chorobą i śmiercią.

– Kiedy reżyseruję dla aktorów mężczyzn w Polsce, to zwracam im uwagę: przecież to wasz papież mówi "nie lękajcie się" – mówi Klijnstra. –  Różnie się rozumie te słowa, ale ja mam nieodparte wrażenie, że on to mówił do mężczyzn, bo kobiety w Polsce się nie lękają (śmiech).

 

Paweł Zuchniewicz; współpraca - uczniowie Liceum „Żagle”: Grzegorz Bardski, Filip Głowacki, Jan Maciejewski, Jakub Montewka, Jakub Wilk, Franciszek Witkowski

(WSieci 21-27.10.2013)

Jest wczesny październikowy poranek. W studiu jednej ze stacji telewizyjnych mam mówić o sześćdziesiątej rocznicy uwięzienia Prymasa Wyszyńskiego. Tuż przed wejściem na antenę emitowany jest materiał o księdzu podejrzanym o pedofilię.  Czyżby chwalebne karty Kościoła należały już tylko do historii? Czy współczesnością jest afera za aferą? Oglądając felieton nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wydarzenia sprzed sześćdziesięciu lat, kiedy aresztowano Prymasa Tysiąclecia, są wyjątkowo aktualne.

Początek grudnia 1953 otwierał trzeci miesiąc uwięzienia Prymasa. Wyszyński przebywał wówczas w byłym klasztorze w Stoczku nieopodal Lidzbarka Warmińskiego. Pilnowało go około 100 żołnierzy KBW, klasztorny mur otoczono drutem kolczastym, ustawiono reflektory, które oświetlały ogród i budynek przez całą dobę.  Osławiony pułkownik Józef Światło osobiście nadzorował zakładanie systemu podsłuchów, postarano się też, aby Prymasowi towarzyszyły dwie osoby duchowne, które zmuszono do współpracy: ksiądz Stanisław Skorodecki, czyli TW „Krystyna” oraz siostra Maria Leonia Graczyk TW „Ptaszyńska”. 

Osadzenie Prymasa w tym – jak on sam nazywał – obozie koncentracyjnym było finałem wieloletniej zagorzałej walki władzy komunistycznej z Kościołem.  A jednak okres ten – zupełnie paradoksalnie – okazał się niezwykle owocny. Wyszyński potrafił go zamienić w długie, pogłębione rekolekcje, z których wyszedł z jasną wizją prowadzenia Kościoła w Polsce. Wizja ta została zrealizowana i przekroczyła skalę, o której myślał jej twórca. Najdosadniej wyraził to chyba człowiek, który w 1953 roku był dopiero dobrze zapowiadającym się księdzem w archidiecezji krakowskiej. Dwadzieścia pięć lat później, już jako papież Jan Paweł II powie:

Czcigodny i umiłowany księże Prymasie! Pozwól, że powiem po prostu, co myślę. Nie byłoby na Stolicy Piotrowej tego papieża-Polaka, który dziś pełen bojaźni Bożej, ale i pełen ufności rozpoczyna nowy pontyfikat, gdyby nie było Twojej wiary, nie cofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei, Twego zawierzenia bez reszty Matce Kościoła, gdyby nie było Jasnej Góry i tego całego okresu dziejów Kościoła w Ojczyźnie naszej, które związane są z Twoim biskupim i prymasowskim posługiwaniem.

W tych dniach mija sześćdziesiąta rocznica wydarzenia, które rzuca nieco światła na tajemnicę sukcesu Prymasa. On sam tak o tym pisał:

8.XII.1953

Przez 3 tygodnie przygotowywałem duszę swoją na ten dzień. Idąc za wskazaniami błogosławionego Ludwika Marii Grignion de Montfort, zawartymi w książce: O doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny - oddałem się dziś przez ręce mej Najlepszej Matki w całkowitą niewolę Chrystusowi Panu. W tym widzę łaskę dnia, że sam Bóg stworzył mi czas na dokonanie tego radosnego dzieła.

Wyszyński używa tu dość szokującego określenia mówiąc „o całkowitej niewoli”. Czyni to człowiek, który został niesprawiedliwie pozbawiony wolności. Codziennie doświadczał, czym jest los więźnia, codziennie widział druty kolczaste i strażników, którzy go obserwowali. Niewola musiała być dla niego jednym z najbardziej bolesnych słów, a jednak nie zawahał się go użyć składając w niewielkiej kaplicy ów akt, który okazał się tak brzemienny w konsekwencje.

Jeszcze ciekawsze jest drugie zdanie, w którym czytamy, że sam Bóg stworzył mi czas. Dotyczy to niewątpliwie uwięzienia. Stefan Wyszyński nigdy nie pogodził się z niesprawiedliwością, a jednak zaakceptował swoją sytuację, mało tego, dostrzegł w niej niespodziewane dobro. W innym miejscu „Zapisków więziennych” wspomina, że przed aresztowaniem pracował niezwykle intensywnie. Odosobnienie zatrzymało go w tym pędzie i jednocześnie pozwoliło mu spojrzeć głębiej na swoje życie i zadania. Jeszcze w Rywałdzie pisał: Wiem od początku, że „moja sprawa” wymaga czasu i cierpliwości, że będzie trwała długo. Jest Bogu potrzebna: jest nie tyle sprawą „moją”, ile sprawą Kościoła. A takie sprawy trwają długo.

 

Wolność jest porządkiem

Prymas wiedział, że najważniejszym zadaniem, które przed nim stoi w tych warunkach jest zachowanie wolności wewnętrznej. Ten człowiek wielkiego ducha, ale jednocześnie doskonały znawca natury ludzkiej ustalił bardzo precyzyjny plan dnia, w którym przewidział czas na wszystko, co potrzebne jest człowiekowi, aby się rozwijał fizycznie, intelektualnie, emocjonalnie i duchowo. Przewidział czas na pracę koncepcyjną, na wysiłek fizyczny (spacery i porządkowanie ogrodu), na rozrywkę i oczywiście modlitwę. Posiłki stały się nie tylko okazją do pokrzepienia ciała, ale też były rodzinnym spotkaniem, w czasie którego nie brakowało śmiechu z opowiadanych przez niego anegdot. W okresie świątecznym zapraszał siostrę i księdza na kolędowanie (swoją drogą ciekawe jak reagowali na te radosne pieśni ubecy, którzy musieli ich słuchać za pośrednictwem zamontowanej przez siebie aparatury).

 Paradoksalnie ten, który mógł spędzać całe dnie na „„nic nie musiał” i  sam niejako siebie „zmusił” do dyscypliny. Przypuszczalnie nie znał on powiedzenia Winstona Churchilla, który mawiał: Przez pierwsze dwadzieścia pięć lat życia pragnąłem wolności,  przez następne dwadzieścia pięć lat życia pragnąłem porządku,  przez kolejne dwadzieścia pięć lat życia uświadamiałem sobie, że wolność jest porządkiem. Będąc w więzieniu Prymas zaczynał trzecie dwudziestopięciolecie swojego życia i już posiadał tę mądrość. Dzięki niej miał w sobie spokój wewnętrzny, który budził szacunek jego prześladowców.

Najbardziej zadziwiające było jego posłuszeństwo wyrażające się w pełnym godności akceptowaniu sytuacji. Swoją niewolę wobec Boga przez ręce Maryi traktował bardzo dosłownie. Tak jak Matka Jezusa przyjmowała wydarzenia, których nie rozumiała, tak też i on starał się to czynić. Świetnie odzwierciedla to jego notatka z 26 sierpnia 1956 roku, kiedy był już w Komańczy. Tego dnia na Jasnej Górze milion osób odnawiało przygotowany przez niego Akt Odnowienia Ślubów Narodu. W głębi serca liczył na to, że zostanie uwolniony i sam będzie mógł poprowadzić uroczystość. Stało się inaczej. Tak o tym pisze w modlitwie do Maryi umieszczonej w „Zapiskach więziennych”:

Tylko my dwoje wiemy, że jeszcze nie przyszedł czas, że ma się stać Twoja Wola. W tym jest Twoja wielka moc, której ja ulegle się poddaję, jako całkowity niewolnik Najpotężniejszej Królowej. Bądź uwielbiona w tej mocy, którą mi dajesz, bym w pełni uznał, że największa moc i miłość jest w uległości. To jest Twoje królowanie nade mną. (…) Modliłem się o największą chwałę Twoją na dziś. Chciałem ją zdobyć za cenę mej nieobecności. Ufam, że Królowa Niebios i Polski dozna dziś wielkiej chwały na Jasnej Górze. Jestem już w pełni spokojny. Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca. Oby stał się chlebem dla narodu.

Dwa miesiące później komuniści błagali go, aby wrócił do Warszawy i podjął przerwane przez nich przed trzema laty obowiązki. Był to swoisty cud. A jednocześnie owoc tego całkowitego zaufania, które obiecał 8 grudnia 1953.

 

 Święty i mniej święci

Przy stole w południe – Ks. Prymas był jakby czymś podniecony, zmieszany trochę, a ponieważ Kapelan był również roztargniony i niespokojny – więc nie szła rozmowa.

Tak brzmi zapisek TW Krystyna z 8 grudnia 1953 roku, czyli z dnia, gdy Prymas złożył akt oddania się w niewolę. Z tej notatki oficer UB nie mógł się dowiedzieć, co było przyczyną takiego stanu ducha kardynała Wyszyńskiego, ale mógł dowiedzieć się wielu innych rzeczy. W swoim czasie sporo się mówiło o podwójnej roli księdza, który przez dwa lata (w Stoczku i Prudniku) codziennie szczegółowo relacjonował swoje rozmowy z Prymasem. Nie czas tu i miejsce na ocenianie postawy więziennego towarzysza kardynała Wyszyńskiego. Dość powiedzieć, że tysiące stron jego notatek to swoista „błogosławiona wina”, dzięki której dziś możemy przyglądać się codziennemu życiu wielkiego Więźnia.

Niemniej faktem jest, że rola księdza do chwalebnych nie należała. Czy Prymas domyślał się tego? A może wiedział? Nie ma na to dowodów, choć wiemy z pewnością, że zauważał „nieszczelność” i wyciekanie do UB treści, które stanowiły przedmiot jego rozmów z współwięźniami. W „pamiętnikach” księdza Skorodeckiego znajdujemy wypowiedzi kardynała o tym, że podwójne życie zawsze wychodzi na jaw – jakby starał się przestrzec rozmówcę nie tylko przed sądem Bożym, ale i ludzkim. Z drugiej strony sam Wyszyński w „Zapiskach więziennych” wystawia swoim towarzyszom świadectwo moralności, jakby chcąc zabezpieczyć ich przed wszelkimi podejrzeniami. Po wyjściu z więzienia utrzymywał z nimi kontakt, choć dość mocno zdystansowany.

Drugą grupą, z którą stykał się w więzieniu byli jego strażnicy. Ktoś z dowództwa obiektu 123 (takim kryptonimem został obdarzony Stoczek przez UB) codziennie składał mu rutynową wizytę. Przeważnie te krótkie rozmowy miały charakter neutralny i beznamiętny, czasem przeradzały się w spór, gdy Prymas domagając się sprawiedliwości wykazywał bezprawie działań wobec niego. Na koniec jednej z takich dyskusji w ten sposób zwrócił się do swojego rozmówcy:

W tym wszystkim chciałbym poruszyć jeszcze jedną sprawę, a mianowicie naszego wzajemnego stosunku. Pan rozumie, że jestem zmuszony patrzeć na pana jako na przedstawiciela krzywdzącego mnie rządu. Nic dziwnego, że mój stosunek do pana nie może być przyjemny, chociaż nie chcę, by pan uważał go za osobiście wrogi. Muszę walczyć o swe prawa.

Uderza, że w jakimś stopniu Stefan Wyszyński czuł się odpowiedzialny za ludzi, którzy go otaczają. Zwracając się do księdza i siostry w czasie Świąt Bożego Narodzenia 1953 nazwał siebie biskupem więziennej diecezji. Opuszczając Stoczek z zadowoleniem odnotowywał małe moralne sukcesy: pracę intelektualną wykonaną przez księdza oraz pewne podniesienie się poziomu ludzkiego strażników. Między innymi zauważył, że ci ludzie używający na co dzień rynsztokowego języka, na jego widok zaczynali staranniej dobierać słowa. Może to drobiazgi, ale świadczą one o tych zdolnościach Prymasa, które pozwoliły mu być tak skutecznym liderem. Na drugiego człowieka patrzył on bowiem realistycznie, a jednocześnie zależało mu na tym, by stawał się on lepszy. Ktoś mógł uważać Wyszyńskiego za wroga, on nie postrzegał innych w tych kategoriach.  Zdawał sobie doskonale sprawę z ludzkich słabości, nie akceptował ich, ale akceptował człowieka – nawet tego, który stał po drugiej stronie barykady. Musiało go to dużo kosztować, bo był człowiekiem silnego charakteru, o mocnym poczuciu sprawiedliwości i własnej godności, która w jego pojęciu nie wypływała z własnych zasług, lecz z miejsca, na którym postawiła go wyższa władza. Nie usprawiedliwiał naiwnie krzywdzicieli, natomiast przyjmował krzywdę jako coś, co go oczyszcza i zbliża do jego Mistrza i Matki, którzy doznali krzywdy największej z możliwych. W „Zapiskach więziennych” przewija się zdumiewająca myśl, że jest on wdzięczny Bogu za ten czas cierpienia również dlatego, że przynajmniej w ten sposób może dzielić los narodu, a także wielu swoich kolegów kapłanów, którzy byli prześladowani. Z jego rocznika w seminarium ocalało tylko sześciu księży – reszta zginęła z rąk hitlerowców.

W 1956 roku Wyszyński opuści więzienie, a wiosną 1957 rozpocznie program Wielkiej Nowenny przed tysiącleciem Chrztu Polski. Będzie to w istocie program wielkiej moralnej naprawy narodu. Zaproponował go człowiek, który podejmował pracę nad sobą, który w drugim człowieku – kimkolwiek by on nie był i jak nisko by nie upadł – widział osobę powołaną ku czemuś wyższemu.

 

Następca i następcy

Kiedy to mówię do Ciebie, mówię zarazem do wszystkich moich Braci w biskupstwie, do wszystkich i do każdego, do wszystkich i do każdego z kapłanów, zakonników i zakonnic, do wszystkich i do każdego z moich umiłowanych Rodaków, Braci i Sióstr - w Polsce i poza Polską.

 Te słowa padły z ust Jana Pawła II zaraz po cytowanej poprzednio papieskiej laudacji kardynała Wyszyńskiego. Warto je przypomnieć w kontekście dzisiejszej sytuacji. Od czasu do czasu pojawiają się narzekania, że obecnie Kościołowi w Polsce brakuje wielkiego przywódcy na miarę Prymasa, lidera, który – jak on – poprowadziłby rodaków. Kardynał Wyszyński niewątpliwie swoje zadanie spełnił, a wypowiedź  Papieża dobrze odzwierciedla jego drogę. Jednak następne słowa Jana Pawła II skierowane są już do znacznie szerszego grona. Można domniemywać, że on sam uznawał także siebie za ich adresata. Szkoła, w której Prymas był nauczycielem a on uczniem wydała człowieka, który dokonał nie jednego, ale wielu przełomów. Nasuwa się pytanie o innych uczniów. To prawda, że Kościół jest dziś atakowany, to prawda, że są w nim  ludzie święci i mniej święci, a na tych drugich wskazuje się, aby spętać prawdę. Ale prawdą jest też, że pozwoliliśmy, aby wielkie i budzące nadzieje doświadczenie kardynała Wyszyńskiego pokryła pomnikowa patyna i kurz historii. Jego realizm wypiera krytykanctwo i sądzenie, jego poczucie godności i pragnienie sprawiedliwości zastępuje narzekanie i wytykanie wad innych, jego posłuszeństwo – egoizmy i partykularne interesy.  

Prymas zdawał sobie sprawę, że przyszło mu być pasterzem niełatwej trzody. Nie zniechęciło go to, wręcz przeciwnie, stał się dla niej autorytetem i przykładem. Kto wie, co by się stało gdyby dziś politycy, menedżerowie, ojcowie rodzin skorzystali z jego doświadczeń? Może kryzys autorytetu, o którym się tyle mówi został zastąpiony autorytetami, które radzą sobie w kryzysie.

(W Sieci 9-15.12.2013)

Przyjaciele mówili jej: „Co za brak odpowiedzialności. Nie powinnaś mieć więcej dzieci.” Ona jednak nie zaufała im. Zaufała Opatrzności i proszę – ma już trzynaścioro żywych dzieci.

Słowa te usłyszałem osiem lat temu z ust człowieka, którego nawet po chwili rozmowy można było z całą pewnością nazwać szczęśliwym. Nazywał się Rafael Pich, a mówił o swojej córce Rosie Marii. Rafael  miał wtedy 77 lat i jeździł po całym świecie wspomagając kursy doskonalenia umiejętności rodzicielskich (w Polsce działają one pod nazwą Akademia Familijna). Wszędzie mówił: „jestem praktykiem a nie teoretykiem rodziny” i z dumą pokazywał fotografię, na której znajdowała się jego żona, on oraz ich … szesnaścioro dzieci. Rosa Maria była dziewiąta. Nie sądziłem, że kiedyś poznam ją i jej męża i zobaczę zdjęcie  identyczne w formie, ale inne w treści . Jest na nim jej własna rodzina… również z szesnastką dzieci.

Rosa w listopadzie przyjechała do Polski razem z mężem Josemaríą Postigo na Międzynarodowy Kongres z okazji dziesięciolecia Akademii Familijnej. 

 

Nie powinnaś mieć więcej dzieci

Ich pierwsza córka Carmina, urodziła się bardzo chora na serce. Lekarz orzekł, że nie będzie żyła dłużej niż trzy lata. Potem urodziło się dwoje kolejnych dzieci. Zmarły w odstępie czterech miesięcy, także z powodu wady serca. To właśnie po tym dramacie przyjaciele odradzali małżonkom starania o powiększenie rodziny. „Rozmawialiśmy o tym z mężem – wspomina Rosa z łagodnym uśmiechem, ale też i z zadziwiającą siłą w głosie. – I stwierdziliśmy, że nikt nie będzie decydował, co dzieje się w naszej sypialni.  To jest rzecz osobista. Nikt nie będzie decydował – ani ksiądz, ani lekarz, ani znajomi, ani rodzice, ani dziadkowie.”.

Carmina przeżyła siedmiokrotnie czas, który dał jej lekarz. Na panoramicznej fotografii znajduje się jej zdjęcie – stoi z tyłu, jako najstarsza. Poprzedza ją piętnaścioro rodzeństwa. Podpis pod fotografią: „Ostatnie zdjęcie całej rodziny (12.05.2012) podczas Pierwszej Komunii Pepy i Pepa, krótko przed śmiercią Carmi”.

Na odwrocie oryginalnej fotografii rodzinne widnieje wcześniejsze zdjęcie. Carmina trzyma na rękach siostrzyczkę Lolitę. W lustrze widzimy odbicie twarzy Lolity i błysk flesza aparatu, który trzyma Rosa. Ten obraz mówi więcej o rodzicielstwie niż niejedna książka. W dzieciach widać całą prawdę o rodzicach, są oni jakby ich zdjęciem i to nie pozowanym, lecz najbardziej autentycznym. W dzieciach odbija się nie tylko zewnętrzne podobieństwo do rodziców, ale i głębokie doświadczenia ich życia. Dziś wielu młodych ludzi nie chce zawierać związków małżeńskich, bo pamiętają rozejście się swoich rodziców. Ale też są młodzi ludzie, którzy pamiętają szczęście domu rodzinnego, tworzonego przez mamę i tatę. Rosa właśnie to zapamiętała najlepiej.

 „Mój ojciec był bardzo silnym i bardzo pracowitym mężczyzną – mówi Rosa. – W jego słowniku nie było wyrażenia ‘jestem zmęczony’.  Był przekonany, że zawsze, jeśli ma się problem, trzeba szukać rozwiązania i się je znajdzie. Od rodziców nauczyłam się, że życie jest pracą, służbą i szczęściem. To szczęście musimy znaleźć tu (Rosa pokazuje serce), każdy w swoim domu, ze swoim mężem i dziećmi, w swojej pracy, albo w górach, jeśli jesteś na wycieczce ze dziećmi”.

 A jednak… Mówić o szczęściu, gdy pierwsze dziecko rodzi się chore, a dwoje kolejnych umiera? Szukać tego szczęścia w kolejnych próbach poczęcia i urodzenia dzieci? Wydaje się to szaleństwem…

Mąż Rosy widzi pytanie w oczach dziennikarza. Śpieszy z odpowiedzią: „Kiedy masz wiarę, to możesz zobaczyć, że te wszystkie rzeczy mogą się wydarzyć. Przecież Bóg też  jest ojcem i nas rozumie.  Modliliśmy się i byliśmy pewni, że On nam pomoże, będzie z nami i że będziemy mieli więcej dzieci. I teraz widzisz, że to się stało!” – wskazuje palcem na fotografię.

 

Okrągły stół

Po swoich rodzicach Rosa odziedziczyła nie tylko pragnienie licznej rodziny, ale i praktyczne pomysły do zastosowania. Bez wątpienia najważniejszym jest okrągły stół. Podobny był używany w jej domu rodzinnym.

Forma stołu ułatwia kontakt ze wszystkimi uczestnikami posiłku, dobrze się ich widzi i łatwo się rozmawia – przy podłużnych stołach dialog nie jest taki prosty. „Mogę obserwować, w jakim nastroju są dzieci – mówi Josemaría. – Czy czują się dobrze, czy są może w gorszym humorze”. Na środku stołu znajduje się obrotowa konstrukcja – tu umieszcza się potrawy. Każdy może po nie sięgać bez potrzeby proszenia o nie. W ten sposób tworzy się przestrzeń do rozmowy o ważniejszych  rzeczach niż jedzenie. O czym? O tym, co przyniósł dzień w szkole, w pracy u taty, czy w pracy u mamy (bo Rosa też pracuje na część etatu poza domem). Zaspokajają nie tylko głód fizjologiczny, ale dzielą się tym, co jest dla każdego z nich ważne. „Spotkanie przy posiłku ma tę dobrą stronę, że kiedy ty jesz inni mogą mówić – śmieje się Josemaría – i wtedy też bardzo łatwo można pokierować rozmową.” „Siadamy wokół stołu nie tylko po to, aby jeść – dodaje Rosa. – Nie jesteśmy zwierzętami,  jesteśmy osobami.  Ten czas ma być czasem spotkania. Dlatego też mamy się troszczyć o tych, którzy są po naszej prawej i lewej stronie”. W ich rodzinie dzieci od najmłodszych lat uczone są prostego obowiązku – jesteś odpowiedzialny za to, aby twój sąsiad miał w szklance nalaną wodę, masz pytać, czy nie chciałby jeszcze trochę czegoś – chleba, ziemniaków. „Jeśli siadamy do stołu, to także po to, aby myśleć o innych” – mówi Rosa.

Myślenie o innych leży u podstaw listy obowiązków, które ma każde z dzieci. Jednym z nich jest poranne przynoszenie chleba dla całej rodziny. Na przykład Tomasz (na zdjęciu rodzinnym trzeci od lewej) jest odpowiedzialny za dostarczenie do domu chleba.

„Codziennie musi wstawać pół godziny wcześniej – mówi jego ojciec – ponieważ idzie ze mną, albo z Rosą (zależy to od dnia), aby przynieść chleb z piekarni”. 

Rosa: „Kupujemy 12 bochenków. A w zimie rano jest jeszcze ciemno”.  

Josemaría: „Więc on ma przynieść ten chleb i wszyscy na niego czekają.  W Hiszpanii chleb jest bardzo istotnym składnikiem śniadania!  Jeśli go nie przyniesie, to cała rodzina cierpi. Na nim spoczywa ta odpowiedzialność.  Przeważnie z soboty i niedzieli zostaje nam trochę pieczywa i w poniedziałek potrzeba tylko jeden, albo dwa bochenki, ale on mówi – chcę iść po chleb, bo będą chcieli mieć świeży.”

Bardzo to piękne. Czy jednak nie nazbyt idealne? Dzieci nie zawsze mówią tak, czasem, może nawet często, mają swój pomysł. A kiedy jest wiele pomysłów, to jest i kłótnia… Czy możliwa jest kłótnia przy stole? „O tak, bywa, że się kłócą – potwierdza Rosa. –  Czasem walczą o słodycze, bo u nas bardzo lubi się słodycze. To jest normalne. Dla nas rodziców jest to kolejna możliwość, aby przypominać, co jest najważniejsze”. 

Josemaría: „Ale jeśli siadamy do kolacji, a któreś z nich jest spóźnione, to prosi: nie zaczynajcie beze mnie. Chcą uczestniczyć w rozmowie.  Chcą wiedzieć, co się wydarzyło w rodzinie, u innych jej członków.  To jest bardzo specjalna chwila. A kiedy dorastają, stają się nastolatkami i trochę się separują od rodziny, bo chcą być niezależni, to jednak chcą uczestniczyć w tym rodzinnym posiłku, potrzebują tego”.

 

„W łóżku. Co?”

Nigdy nie zapomnę odwiedzin dziennikarzy BBC z Londynu, którzy robili reportaż o naszej rodzinie – pisze Rosa w książce „Jak być szczęśliwą z jednym, dwojgiem, trojgiem… dziećmi?” – Kiedy weszli do sypialni, zapytali czy to jest nasze łóżko; odpowiedzieliśmy, że tak, a oni natychmiast zaczęli filmować, mówiąc: „This is the factory of the children” („To jest fabryka dzieci”).

Brytyjski dziennikarz Marc Dolan odwiedził dom Rosy i Rafaela na koniec podróży, której efektem był film „The biggest families of the world” („Największe rodziny świata”) zrealizowany w 2009 roku. Ekipa telewizyjna wyjechała, ale Josemaría dobrze zapamiętał to zainteresowanie człowieka, dla którego liczna rodzina była jeszcze jednym egzotycznym zjawiskiem. To właśnie reakcja Dolana sprawiła, że zachęcił Rosę do napisania rozdziału o intymności między mężem a żoną.

Z książki Rosy: Nie możemy uczyć, w jaki sposób małżonkowie mają się kochać w łóżku, ponieważ to należy do ich intymności i każde małżeństwo musi to razem odkrywać – rozmawiając ze sobą, mówiąc sobie, co daje więcej przyjemności a co nie. Kobieta potrzebuje przygotowania, trzeba się do niej zalecać przez cały dzień i w ten sposób ona przygotowuje się do finałowego szczytu.  Mężczyzna jest jak płomień ognia, ale ma głowę i swoją inteligencję, aby wiedzieć jak jego żona chciałaby być traktowana.

Rosa ma świadomość, że życie intymne jest w każdym małżeństwie bardzo ważną sprawą i – jak pisze – jeśli nie przeżywa się go z hojnością, skutki takiej postawy przechodzą na inne obszary życia osobistego i rodzinnego. Opiera to nie tylko na swoim doświadczeniu, ale na wielu rozmowach z przyjaciółkami rozczarowanymi mężem po kilku latach małżeństwa. Mówię im, aby wzięły kartkę papieru i napisały dziesięć rzeczy, które sprawiają, że są zakochane w swoim mężu i dziesięć, których nie mogą znieść. Rzeczy negatywne piszą szybko i bez myślenia, ale to co je zachwycało, gdy były narzeczonymi – już zapomniały. Małżonek też powinien zrobić to samo, a potem powinni przejść przez obie listy szukając rozwiązań z dużym poczuciem humoru. Trzeba dać sobie dużo czasu, aby się zmienić walcząc, czasem ponosząc porażki, a czasem zwyciężając.

„Ten rozdział jest bardzo piękny, ponieważ wyjaśnia, na czym polega głęboka jedność między mężem a żoną – mówi Josemaría. –  Nie chodzi tu tylko o zjednoczenie ciał, to jest zjednoczenie dusz. W ciągu dnia potrzebujemy wiele razy przeżywać tę jedność.  To jest bardzo trudne, ponieważ każdy ma swoje zadania, swoją pracę. Więc potrzebne są takie chwile, kiedy ciała i dusze są razem. Kiedy są otwarte na nowe życie”. 

Rosa w swojej książce pisze o tym, że gdy dwa ciała stają się jednym (1+1=1) małżonkowie doświadczają transcendencji, a gdy są otwarci na nowe życie, oboje mają moc je powołać do istnienia, które napełnia sensem naszą egzystencję, przekraczamy siebie w dziecku (1+1=3, tata, mama i dziecko) i otwiera naszą rodzinę na przyszłość, na wieczność…

 

Jaki jest twój sekret, Rosa?

Taki tytuł nosi ostatni rozdział książki Rosy. Autorka usilnie odradza czytanie tych stron osobom, które nie mają daru wiary, ponieważ go nie zrozumieją.

Rosa i Josemaría należą do tych, którzy wierzą i to bardzo konkretnie.

W ich domu modlitwa nie jest obowiązkowa, ponieważ szanują wolność dzieci, ale tłumaczą im, że to właśnie modlitwa pomaga nam być lepszymi. Kiedy dzieci zaczynają dzień od kłótni przy śniadaniu, pytam ich: Chłopcy, nie modliliście się dzisiaj rano? Zaczynam śpiewać ofiarowanie dnia Najświętszej Maryi Pannie i prosimy Ją o pomoc – pisze Rosa. W ten sposób wypędzamy tego „diabełka”, którego każdy z nas ma w sobie.

Codziennie przed kolacją odmawiają różaniec. Intencji nie brakuje. W przeddzień naszej rozmowy urodziny miała Lolita. Przechodziła już wiele operacji. „Ona jest bardzo chora, ale ciągle się śmieje, śpiewa, żartuje – opowiada Josemaría. –  Dzieje się tak, ponieważ ciągle się za nią modlimy. Mówimy dzieciom, że muszą się zaopiekować siostrą. Nie mogą nic zrobić, aby była zdrowsza, a więc niech się modlą”.

Wiele nauczyli się od świętego Josemaríi Escrivy, założyciela Opus Dei. „Często tłumaczył rodzicom: musicie być przyjaciółmi swoich dzieci – mówi mąż Rosy. –   Wówczas, w latach sześćdziesiątych w Hiszpanii relacje między rodzicami a dziećmi były pełne dystansu. Nie mówiło się do nich ‘mamo’, ‘tato’, ale ‘proszę pana’, ‘proszę pani’. Dziś widzimy, że te relacje są bardziej przyjacielskie, ale to nie ma oznaczać braku szacunku. Jesteś przyjacielem, jeśli dajesz drugiemu to, co masz najlepszego”.

„Święty od codzienności” chętnie powtarzał, że małżeństwo mężczyzny i kobiety błogosławi obiema rękami. Gdy pytano go, dlaczego obiema rękami, odpowiadał żartobliwie: „Bo nie mam czterech”.

(WSieci, 7-12 stycznia 2014)

Uczniowie szkoły „Żagle” Stowarzyszenia Sternik mogli spojrzeć na swoje wyniki w roku szkolnym 2011/2012 z dużą satysfakcją. Ta jedyna w Polsce inicjatywa edukacyjna dla chłopców od szkoły podstawowej po gimnazjum odnotowała po raz kolejny duży sukces na wszystkich poziomach nauki. W Ogólnopolskim Badaniu Umiejętności Trzecioklasisty uczniowie osiągnęli wyniki oscylujące w granicach 90 procent (prawie 20 proc. więcej niż średnia dla Polski i dla województwa mazowieckiego). W teście szóstoklasisty uplasowali się wśród czterech procent najlepszych szkół w Polsce, a w egzaminie gimnazjalnym średnie noty plasowały się na poziomie około 30 procent wyższym od średniej w województwie mazowieckim i (w niektórych przedmiotach) nawet dwukrotnie wyższym od średniej krajowej.
 
Czy ten sukces związany jest z faktem specyfiki szkoły, do której uczęszczają tylko przedstawiciele płci męskiej?
„Z pewnością ma to znaczenie – mówi Janusz Wardak, wicedyrektor ds. wychowawczych – choć trzeba podkreślić, że są także inne czynniki, z których najistotniejszym jest współpraca rodziców, nauczycieli i dzieci.  Niemniej faktem jest, że chłopcy otrzymują u nas edukację, która jest bardziej dostosowana do ich percepcji”. 
Wyniki tej szkoły stają się szczególnie interesujące w zestawieniu z dość radykalną tezą o dyskryminacji chłopców w polskiej edukacji, która swego czasu pojawiła się w prasie po opublikowaniu wyników pilotażowego programu Instytutu Badań Edukacyjnych. Co prawda IBE na swojej stronie internetowej stanowczo zdementował to twierdzenie podkreślając, że badanie pilotażowe nie uprawnia do takich wniosków. Istnieją jednak również inne badania – krajowe i zagraniczne – które wskazują, że jest coś na rzeczy. 
„Można nieco żartobliwie powiedzieć, że w generalnie w naszym kraju istnieją szkoły dla dziewcząt, do których uczęszczają również chłopcy – dodaje Wardak. – Nie chodzi tu tylko o to, że zawód nauczycielski jest zdominowany przez kobiety, ale przede wszystkim o sposób nauczania, który preferuje dziewczęta, a nie bierze pod uwagę typowo chłopięcej natury.”
Coraz częściej mówi się o edukacyjnej luce płci („education’s gender gap”). Jej skutkiem jest malejący udział przyszłych mężczyzn w procesie edukacyjnym. Tom Mortenson z „Boys Project” podaje, że w USA na każde 100 dziewcząt w żłobkach przypada 117 chłopców, w przedszkolu i na początku szkoły podstawowej jest ich tylko trochę mniej (106 i 107), ale potem ten wskaźnik spada. Szkołę średnią opuszcza 96 chłopców na 100 dziewcząt. Zatrważająco wyglądają inne statystyki. Zakłócenia mowy występują u 147 chłopców na 100 dziewcząt, specjalne potrzeby edukacyjne ma 217 chłopców na 100 dziewcząt, klasę powtarza 250 uczniów na 100 uczennic, zakłócenia emocjonalne: 324/100, usunięcia ze szkoły 335/100.
 
Analfabeci spod znaku Marsa
 
 „Edukacyjna luka płci to istotna różnica w osiągnięciach edukacyjnych chłopców w porównaniu do dziewcząt. Chłopcy generalnie gorzej sobie radzą w szkole we wszystkich demokratycznych systemach edukacyjnych objętych badaniami międzynarodowymi” – twierdzi Robert Mazelanik, jeden ze współzałożycieli szkoły „Żagle”. Mazelanik poświęcił ostatni rok na badania naukowe  nad edukacją zróżnicowaną w ramach programu Educational Research Methodology na wydziale edukacji Universytetu Oxfordzkiego.
Jego zdaniem w tym procesie kluczową rolę odgrywa czytanie, które w poważnym stopniu decyduje o sukcesie lub porażce szkolnej. „Brak tej podstawowej umiejętności przekłada się na większość trudności w dalszym uczeniu się i staje się prawdziwą barierą dostępu przy nabywaniu kolejnych kompetencji” – wyjaśnia.
Przed dwoma laty dr Zofia Zasacka z Biblioteki Narodowej wykonała badanie sprawdzające chęć do czytania młodzieży gimnazjalnej (wzięło w nim udział 1472 uczennic i uczniów 70 klas trzecich polskich gimnazjów). Jego wyniki wskazują na to, że rosną nam mężczyźni analfabeci. Dwukrotnie więcej dziewcząt niż chłopców uznało czytanie za lubianą czynność. Co trzeci chłopiec  stwierdził wprost, że nie lubi czytać. Tylko co dziesiąta dziewczynka ma awersję do książek.
Referując te wyniki „Gazeta Wyborcza” wyciągnęła prosty wniosek zawarty w tytule artykułu: „Dziewczynki będą rządzić chłopcami. Nadchodzi seksmisja?”
W świetle badań dr Zasackiej chłopcy dominują wśród uczniów, którzy opuszczając gimnazjum  funkcjonują zupełnie poza książką (lekturą obowiązkową i dowolną). W większości nie są w stanie skupić uwagi na dłuższym, bardziej złożonym tekście.  Nie czytają w swoim czasie wolnym, są pozbawieni motywacji, aby sięgnąć po lekturę z własnej woli,  nie mają wykształconej potrzeby czytania. Konsekwencje? „Jeżeli nastolatki odwrócą się od książek, w dorosłym życiu będą miały kłopot ze zrozumieniem instrukcji obsługi urządzeń domowych, umowy o pracę albo kredytowej” – mówi dr Zasacka. Możliwe, że bez tego da się żyć. Ale czytanie dłuższych tekstów pociąga za sobą rozwój wielu czynności poznawczych.  Wśród nich jest pamięć, koncentracja uwagi, umiejętność selekcji informacji, nie mówiąc już o zdolności krytycznego myślenia (czy hodujemy biernych konsumentów reklamowanych towarów?). Może to wersja apokaliptyczna, ale coraz bardziej realna. I globalna. 
 
Mężczyźni w defensywie
 
Wycofywanie się płci męskiej z edukacji jest wyraźnie widoczne na uczelniach wyższych. Według Diagnozy Społecznej z roku 2009 młode Polki zdominowały krajowe uczelnie. W diagnozie czytamy, że w Polsce jest 70 procent studentek i 55 procent studentów. Na największych polskich uczelniach (Uniwersytet Warszawski, Jagielloński, Wrocławski) 66 proc. studentów to panie. Odsetek ten będzie wzrastać. 
„Już teraz 60% studentów w Stanach Zjednoczonych  to kobiety. Kobiety otrzymują rocznie 170.000 więcej tytułów bachelor niż mężczyźni. Dowcipni twierdzą, że  ostatni mężczyzna w USA otrzyma tytuł bachelor w 2068 roku” – mówi amerykański psycholog dr Michael Thompson, autor książki „Raising Cain” („Wychowując Kaina”). W 1966 roku stopień licencjata na amerykańskich uczelniach uzyskało ok. 42 proc. kobiet i ok. 58 proc. mężczyzn. Od tego czasu udział panów malał a pań zwiększał się, by zrównać się w połowie lat osiemdziesiątych. W roku 2010 nastąpiło dokładne odwrócenie proporcji z roku 1966. 
 „Wiele ośrodków naukowych podnosi głosy, że rozziew między ilością studiujących kobiet i mężczyzn będzie się coraz bardziej pogłębiał, jeśli nie ulegnie zmianie sposób uczenia chłopców” – mówiła jesienią 2011 roku profesor Christina Hoff Sommers z American Enterprise Institute. Podczas międzynarodowego kongresu EASSE, który odbył się w Warszawie, prof. Hoff Sommers pytała, co można zrobić, aby pomóc chłopcom lepiej się uczyć? „W USA ścierają się dwa podejścia do tego problemu – wyjaśniała Amerykanka. – Jeden polega na zmienianiu chłopców tak, aby uwolnić ich od ‘toksycznej kultury męskości’. Drugi zmierza w kierunku uznania, że natury chłopców zmienić się nie da, natomiast można zmienić szkołę tak, aby była dla nich miejscem przyjaznym.” 
 
Polubić szkołę
 
Amerykanie wdrażają oba te modele. 
Są szkoły, w których chłopcy uczą się robótek ręcznych takich jak: robienie na drutach, tkanie czy dzierganie makatek. W innych szkołach zabawy zespołowe (berek, dwa ognie) zostały zmienione tak, aby nikt nie odpadał z gry; nie gra się na punkty, aby nikt nie poczuł się gorszy. Kłopot w tym, że chłopcy wykazują duży opór wobec takich pomysłów. 
„Zamieniają druty do szydełkowania w szable, a na zajęciach haftu pokrywają kanwę wzorami broni lub dzikich zwierząt – mówiła Hoff Sommers. –  W grach zespołowych liczą sekretnie punkty, a co do zabawy lalkami?… Pewien nauczyciel hospitujący lekcję w szkole w Baltimore, prowadzoną w zgodzie z nową tendencją, zaznaczył w notatce z lekcji, że kiedy 9-letni chłopcy zostali zachęceni przez wychowawcę do zabawy lalkami  ‘reakcja uczniów była tak gwałtowna, że nauczyciel długo nie mógł ich uspokoić’.”
Drugie podejście uwzględnia skłonność uczniów do doświadczalnego traktowania nauki, ich ruchliwość i chęć podejmowania wyzwań.  Tak działa m.in. szkoła East Bay w Berkeley. 
W pierwszym tygodniu zajęć uczniowie dostają tu młotki, piły i drewno, aby zbudowali sobie własne ławki.
„Mamy zamiar pozwolić im robić błędy, eksperymentować, być trochę niezorganizowanymi – mówi dyrektor Jason Baeten. – Będzie bałagan, ale myślimy, że zakochają się w szkole”.
Tego typu publiczne, prywatne i niepubliczne szkoły kwitną w znacznej części Stanów Zjednoczonych – podaje Międzynarodowa Koalicja Szkół dla Chłopców. 
„Te szkoły biorą chłopców takich jakimi są. Zamiast karać ich za aktywność przyjmują to i budują program wokół tego  – twierdzi dyrektor wykonawczy Brad Adams. – Odnoszą one wielki sukces”.
 
Co robić?
 
Fachowcy zajmujący się uczeniem chłopców zebrali już sporo doświadczeń. Naturalna skłonność uczniów do rywalizacji znajdzie ujście  np. w wyścigach formuły 1. Metodę tę stosuje się w młodszych klasach szkoły „Żagle” – na specjalnym torze chłopcy przesuwają swoje samochody w zależności od liczby przeczytanych lektur.  Można wykorzystywać  litery magnetyczne, które umożliwiają manipulację i jeszcze lepsze dla młodszych klocki alfabetyczne. Dzięki słowom dotykalnym angażujemy  maksymalną ilość zmysłów i zwielokrotniamy szanse ucznia. Warto wziąć pod uwagę ich większe potrzeby ruchowe. Chodzi tu nie tylko o częstsze przerwy i więcej zajęć wychowania fizycznego. Drobną, ale skuteczną pomocą może być wykorzystanie zgniatacza. To mała miękka piłka lub plastelina do trzymania w dłoni, która podczas czytania zmniejsza napięcie mięśniowe i umożliwia koncentrację. Dobre efekty może dać karaoke – chłopcy lubią śpiewać, połączenie muzyki i czytania umożliwia zaangażowanie nawet najbardziej opornych. Dodanie prostych instrumentów i wprowadzenie elementów rytmiki angażuje kolejne partie mózgu. 
Ogromne znaczenie ma też męski wzór osobowy – ojciec w domu, nauczyciel w szkole. Szczególnie w młodszym wieku dzięki ich wysiłkowi chłopiec może polubić czytanie, polubić naukę i polubić szkołę, która przestanie dla niego być miejscem porażki, z którego chce się uciekać.
„Nasza szkoła działa zaledwie od ośmiu lat – mówi Janusz Wardak. – Mamy w niej jeszcze wiele do zrobienia, ale cieszy nas to, że uczniowie lubią to miejsce. Jeszcze większe nadzieje budzą dotychczasowe wyniki. Szkoła co roku plasuje się w najwyższym staninie w sprawdzianie szóstoklasisty i w egzaminie gimnazjalnym”.  
 
Dlaczego to jest ważne
 
W czasie kongresu EASSE prof. Hoff Sommers podkreślała, że odwrócenie trendu edukacyjnej seksmisji jest istotne z wielu względów. „Z roku na rok pojawia się coraz więcej źle wykształconych lub niewyedukowanych mężczyzn, którym coraz trudniej znaleźć pracę, ożenić się i założyć rodzinę. Jest to też bardzo niekorzystne dla młodych kobiet, którym z kolei trudno będzie znaleźć mężów na ich poziomie. Większość kobiet woli bowiem mężczyzn z podobnym co one wykształceniem”. Cytowała również Richarda Whitmire’a, publicystę specjalizującego się w edukacji:
„Globalny wyścig ekonomiczny, o którym się tak wiele słyszy – zdolność wyprodukowania najlepiej wykształconej siły roboczej dającej gwarancję dobrobytu danego kraju – sprowadza się tak naprawdę do prostej konstatacji: wygra ten naród, który znajdzie rozwiązanie na problemy edukacyjne chłopców.”
Temat edukacyjnej porażki chłopców jest wciąż terenem do odkrycia. Być może mógłby zostać podjęty także przez Instytut Badań Edukacyjnych, którego badania pilotażowe rozpoczęły zataczającą coraz szersze kręgi dyskusję na temat dostosowania metod nauczania do naturalnych predyspozycji uczniów.
 
22.04/5.05 2013

t